ROBERT SADŁOWSKI

PORTFOLIO

Table Mountain

Posted: Kapsztad, 27.11.2016 by Robert

Kolejny poranek był leniwy, na tyle, że kosztowało nas to dłuższą o jakieś 15-20min kolejkę do kolejki linowej na Table Mountain. Przez kolejne dni dojazd tutaj byłby dla nas problematyczny, a dziś moglibyśmy w zasadzie dojść do dolnej stacji na piechotę. Dla wygody dowożę żonkę i małego pod samą kolejkę, a sam cofam się nieco do pierwszych wolnych miejsc parkingowych.
Bilet jest dosyć drogi, aż 255R (obecnie 1R = 0,305PLN, gdy kupowałem bilety 1R = 0,275PLN), by nie stać w kolejce 2x warto go kupić w sieci (bilet i tak ważny jest tydzień). Różne są teorie o jakiej porze dnia warto wybrać się na górę. Rano często szczyt spowity jest mgiełką, ale rano też jest lepsze światło i czasem fajny widok na mgiełkę na dole. Na godziny wieczorne była akurat promocja (50%), ale oznacza to spore kolejki w oczekiwaniu na powrót na co z dzieckiem nie mogliśmy sobie pozwolić. My jednak mamy pogodę absolutnie nietypową dla tego miejsca o tej porze roku, prawie 30C już o 9:00 rano, więc o mgiełce nie ma mowy.
Wagoniki kursują wahadłowo i poruszają się dosyć szybko. Na całej trasie nie ma zdaje się żadnego słupa, jedzie się pod bardzo stromym kątem do góry. Wagony są spore, mieści się w nich po 60 osób, a by każdemy dogodzić podłoga obraca się powoli podczas jazdy. W sieci wyczytałem, że pod podłogą są spore zbiorniki na wodę, która służy jako balast a przy okazji zaopatruje budynki na górze (pomimo tego, przy silniejszym wietrze kolejka jest zamykana - a wieje tu mocno i często):

Zakotwienie lin na górze wygląda solidnie:

Na górze jest płasko, gdyby nie widoki, byłoby nudno (widok na centrum, przy stadionie wzgórze Signal Hill, po lewej szczyt Lions Head, mój cel na wieczór):

A to widok na południe, miejsca jest naprawdę sporo. Góra ma ponad 1000mnpm, jest tu więc wyraźnie chłodniej, trzeba jedynie uważać na słońce.

Na koniec jeszcze widok na Lions Head, na dole widać nawet dach naszego domu

Na obiad idziemy do wyluzowanej low costowej knajpki Mixas (gdzieś w sieci przeczytałem o niej dobre zdanie, a jest blisko). A później krótka wycieczka do dzielnicy Dystrykt 6 (skojarzenie z filmem Dystrykt 9 jak najbardziej właściwe). Dawniej mieszkali tu niewolnicy, rzemieślnicy i kupcy. Nie tylko czarni, ale także przesiedleńcy (przymusowi) z Azji. Dzielnica aktywnie żyła, lecz gdzieś w połowie XX wieku spodobała się białym na tyle, że z czasem wszystkich jej mieszkańców przymusowo przeniesiono do nowych nieatrakcyjnych terenów Cape Flats, a Dystrykt 6 zrównano z ziemią, budując nowe domy. Dziś jest tam nawet zdaje się jakaś uczelnia wyższa, dzielnica nie zachwyca, ale cały obszar jest znany z lokalnego street artu:

Dziś Cape Flats to Mitchells Plain najniebezpieczniejszy obszar miasta. Wraz z sąsiednią dzielnicą Khayelitsha najgorsze slumsy. Nie da się tych obszarów nie zauważyć jadąc gdziekolwiek na wschód autostradą N2. To także okolice portu lotniczego.

Hiroshima - Miyajima

Posted: Okayama, 3.11.2015 by Robert Sadłowski

Wybraliśmy Okayamę na bazę do zwiedzania na 3 najbliższe dni ze względu na to, że zatrzymują się tu wszystkie Shinkanseny. Dzięki temu, że korzystamy z karnetu JR Sanyo Sanin możemy korzystać także z najszybszych Nozomi i Mizuho (nie pozwala na to Japan Rail Pass). Dojazd do Hiroshimy jest więc wyjątkowo szybki, nie musieliśmy nawet dopasowywać się do rozkładu jazdy. Z dworca dojeżdzamy tramwajem do Peace Memorial Park. Ernest dostaje wolną rękę do pobiegania.

Monika idzie do muzeum, ja zostaję z Ernestem. Tramwajem dojeżdżamy do stacji Yokagawa, gdzie przesiadamy się na lokalny pociąg do Miyajima-guchi, gdzie przesiadamy się na prom. Jest bardzo dużo lokalnych turystów, przypomina mi się, że dziś jest święto w Japonii: Culture Day, w internecie czytam, że to najbardziej pogodny dzień w roku i rzeczywiście mamy czyste niebo i piękne słońce. Dopływając do wyspy prom przepływa blisko słynnej bramy Tori przy Itsukushima Shrine. Brama pod którą dawniej wpław przypływali na wyspę pielgrzymi dziś jest jednym z głównych symboli Japonii:

Rzeczywiście od przystani promowej aż do Itsukushima Shrine mijamy tłumy ludzi. Z nabrzeża brama wygląda chyba bardziej okazale:

Uciec przez zgiełkiem można na wzgórze na którym znajduje się Senjokaku Hall i malowanicza pagoda:

Jednak dopiero dalej w głąb wyspy robi się spokojniej. Pozwalamy Ernestowi pobiegać, ten jednak interesuje się głównie w pół oswojonymi jelonkami, nie wiemy czy w 100% bezpieczne:

Droga do świątyni Daisho-in jest malownicza, ta okolica pozwala już odpocząć:

Podczas powrotu w okolicy Itsukushima Shrine trafiamy na publiczną imprezę polegającą na chodzeniu po rozżarzonych węglach. Każdy może spróbować, ale szkoda nam czasu by zobaczyć czy rzeczywiście każdemu się udaje:

Promem, pociągiem lokalnym i Shinkansenem wracamy do Okayamy.

Treking na zboczach Merapi

Posted: Kaliurang, 09-03-2013 by Robert Sadłowski

W Kaliurangu zatrzymaliśmy się w Vogels Hostel (www.vogelshostel.net). Czytałem o nich wcześniej w kilku relacjach i każdy był zachwycony.
Byłem pewien, że hostel będzie pełny, ale okazało się, że z gości jesteśmy tam tylko my. Na szczęście niedługo dojechał jeszcze Amerykanin... rowerem. Porozmawialiśmy z nim trochę. Mieszka w Serbii, ma tam żonę, nie cierpi Stanów Zjednoczonych, bo uważa, że miasta są tam potwornie brzydkie, ludzie leniwi, a urzędnicy i rząd głupi. Przyznał jedynie, że trzyma obywatelstwo, bo się przydaje. Dopiero późnym wieczorem przyznał się, że rozumie trochę język polski (chciał nas podsłuchiwać, drań), nie mógł zrozumieć, dlaczego nie pijemy nawet piwa (mnie też to bolało, ale akurat nie mogłem, a Monika wolała soki). Mamy sporo czasu na odpoczynek i notatki z podróży:


Bardzo ciekawą osobą jego właściciel hostelu, Christian Awuy. Czytałem, że facet organizuje trekingi po okolicy, ale nie spodziewałem się, że (jak się okazało) ma... 67 lat. Po hostelu chodził powoli i przygarbiony, ale odzyskiwał wigor i tempo na szlaku, pod górkę trudno było czasem dotrzymać mu kroku.
Hostel jest nieco zaniedbany, ale utrzymany w klimacie górskim. Na ścianach same zdjęcia wulkanu, mapy, zdjęcia z trekingów, artykuły z gazet o wulkanach. Hostel jest też restauracją, w której naprawdę pyszne posiłki przygotowuje żona Christiana, jest tanio i można bardzo dobrze zjeść. Christian Awuy jest prawdziwym miłośnikiem wulkanów, szczególnie Merapi. Kocha to, co robi i miejsce, w którym żyje. Dawno temu studiował coś związanego z wulkanami, później pływał na statkach (był nawet w Gdańsku), a za zarobione pieniądze zorganizował ten hostel. Prowadzi go już od 30 lat, a obok swojej działalności w branży turystycznej włącza się także w akcję prewencji i ewakuacji ludności w czasie wybuchu wulkanu. Rozplanował też plany ewakuacji lokalnej ludności i aktywnie działa w uświadamianiu mieszkańców o zagrożeniach jakie niesie Merapi. Za swoją działalność w 2002 roku został Człowiekiem Roku w Indonezji.:

Aż pozazdrościłem, że u nas takie tytuły przyznają raczej czasopisma i raczej bardziej celebrytom niż tym, którzy rzeczywiście robią coś dobrego. Został doceniony, a i tak żyje skromnie. Wygląda na szczęśliwego i mówi, że jest szczęśliwy i zdrowy, bo robi to, co lubi. W dodatku ten prawie siedemdziesięcioletni człowiek świetnie włada językiem angielskim. Niesamowity człowiek, którego warto poznać. Moja Monika była nim zachwycona.
Mimo że oficjalnie trekingi organizowane są dopiero dla grup powyżej 4 osób, Christian nie robił problemów, by iść tylko z nami. Okazało się, że mieli dojechać jeszcze jacyś Koreańczycy, ale przestraszyli się deszczu (zaczęło padać, gdy tylko dojechaliśmy do Kaliurangu).
Też obawialiśmy się deszczu na trekingu, ale dziadek Christian mówił, że gdy po południu mocno pada, to rano będzie pogodnie (choć wtedy było nam w to trudno uwierzyć). Pobudkę mieliśmy już przed 4:00 rano. Najpierw dostaliśmy śniadanie (w pakiecie), a przed wyjściem był jeszcze briefing: pełen profesjonalizm, z planszami, mapami, zdjęciami itp. Gdy wychodziliśmy, było jeszcze ciemno, mieliśmy przerwę na wschód słońca, potem, niestety, zaczęło padać i momentami, gdy kilka razy pojechałem po błocie na tyłku w krzakach, zastanawiałem się, czy wiemy, co robimy. Merapi ma strefę, powyżej której nie wolno wchodzić. Im bliżej tej strefy, tym bardziej ścieżka, którą szliśmy zanikała. W pewnym momencie nie było jej już wcale. Po prostu przedzieraliśmy się przez tropikalną roślinność w ciemności. Dziadek po drodze opowiadał, że jest coraz więcej turystów z Chin, że strasznie krzyczą i nie potrafią się zachować (też to widzę w wielu miejscach). Nie lubi ich i na trekingi z nimi wysyła często syna. Dobrze kojarzył Polskę, ze względu na miasto portowe Gdańsk i naszego papieża. Monika po drodze wdała się z nim w rozmowę o lokalnej florze i faunie, generalnie bardzo miła wycieczka. Gdy już zbieraliśmy się do powrotu, powiedział nam, że czasem sam się gubi, bo wszystko w porze deszczowej szybko zarasta i za każdym razem szlak wygląda inaczej. Stara się orientować w przestrzeni na podstawie pagórków i dużych drzew, a jak ich nie widać, to zostawia sobie znaki. Gdy wulkan w 2010 zmasakrował kilka wiosek, już po kilku miesiącach wszystko porastała trawa o dwumetrowej wysokości. Dziadek ciągle utrzymywał, że zaraz się przejaśni, bo tak zwykle jest - i miał rację. Chmury się rozeszły i w ciągu 10-15 minut z deszczu i gęstych chmur, mieliśmy taki widok:

Widać dym z krateru.
Za cały pakiet: nocleg, treking oraz jedzenie - 2 śniadania (przed i po trekingu), 2 obiady i kolację - zapłaciliśmy łącznie niecałe 100 zł od osoby.
Kaliurang jest fajny, gdyż jest tam zdecydowanie chłodniej niż w Yogyakarcie. Miasteczko znajduje się na wysokości około 800-900 m n.p.m. i ma charakter nieco uzdrowiskowo-rekreacyjny (coś jak góry Błękitne dla Sydney).

Po powrocie z Kaliurangu do Yogyakarty wybraliśmy sobie lepszy hotel, by odpocząć (z fajnymi knajpami w okolicy). Niestety, przez pół wieczoru i prawie całą noc akurat na naszej ulicy nie było prądu. Nie działała ani klimatyzacja, ani oświetlenie, rano zniknęła woda w łazience. Generalnie koniec świata. Ale cały hotel i pokój był przyjemny. Mimo wszystko udało nam się odpocząć przed czekającą nas (długą) podróżą do Jakarty.
Nie było nam szkoda opuszczać Yogyakarty, a czekała nas całodniowa podróż pociągiem do stolicy. Na najlepszy pociąg nie było nas stać (drożej niż PKP i promocje AirAsia). Wybraliśmy tańszy w godzinach, które nam pasowały. Do wyboru były 2 klasy podróży:
- ekonomiczna (na plastikowych siedzenia i z klimatyzacją)
- biznes (na miękkich siedzeniach, ale... bez klimatyzacji)
Nieco dziwna konfiguracja, ale wybraliśmy droższy biznes. Niestety, w pociągu było strasznie gorąco, gdy stał, gdy jechał, nie było tak źle, wszystkie okna były otwarte. Akurat wentylator znajdujący się bezpośrednio nad nami, nie działał... Monika zrobiła użytek z zakupionych na Malioboro wachlarzy.
Widoki bardzo ciekawe mniej więcej do połowy drogi, później zrobiło się bardzo płasko, mniej egzotycznie i po prostu nudno. Jakiś tam widok z pociągu z cyklu zabawy w błocie:

Już blisko Jakarty zauważyłem, że jestem brudny od popiołu. Z czasem było już wyraźnie widać, że grudki popiołu wlatują przez okna i pojawił się smród siarki. Potem na mapie sprawdziliśmy, że przejeżdżaliśmy blisko wulkanu, który kilka dni wcześniej się uaktywnił.
Im bliżej Jakarty tym większa urbanizacja i niestety bieda:

Na Jakartę zostało nam zaledwie kilka godzin. Miasto jest ogromne i na samo obejście całkiem bogatego i intensywnie zagospodarowanego centrum kilka godzin nie wystarczy. Klimatu Azji jest już mniej:

Odlot z pierwszej oddanej do użytku części nowego terminala. Znowu AirAsia, tym razem ze sporym opóźnieniem (ponad 1,5h):

Liczyłem, że zaraz po starcie zobaczę pozostałości atolu Krakatoa, jednak z powodu opóźnienia po starcie było już ciemno, zbyt ciemno by dobrze orientować się w terenie, ale po powrocie udało mi się dzięki googlemaps rozpoznać wulkany:

Piha i Auckland

Posted: New Zealand, 03-04-2012 by Robert Sadłowski

Drogą wzdłuż zachodniego wybrzeża półwyspu Coromandel udajemy się do Auckland. Ta strona półwyspu ma już mniej malowniczą drogę. Im bliżej Auckland tym droga staje się szersza, a ruch większy. Przez centrum Auckland przejeżdżamy autostradą i od razu kierujemy się do nadmorskiej miejscowości Piha - to tylko 30-40km od centrum Auckland. Po drodze tankujemy już tylko tyle paliwa by na oko starczyło w sam raz do końca pobytu. To była nie do końca przemyślana decyzja bo im bliżej Piha tym bardziej górzyście, a drogi bardziej wąskie i kręte, więc zużycie paliwa znacznie wzrosło. Mieliśmy obawy czy uda nam się wrócić, tym bardziej, że najbliższe stacje benzynowe są właśnie w Auckland. Dojazd do Piha robi wrażenie, zjazd jest stromy:

W tej okolicy jest tylko jedno sensowne miejsce na nocleg: olbrzymi Piha Domain Motor Camp. Nie tylko dlatego, że to chyba jedyny kamping w okolicy, ale także dlatego, że jest tani i w świetnej lokalizacji: tylko kilka minut spaceru od plazy.



To ostatnia noc w namiocie. Namiot miał wyschnąć przed ostatnim pakowaniem i prawie mu się udało, ale deszcz pojawił się tak szybko, że namiotu złożyć nie zdążyłem. Padało może 2-3 minuty. Chwilę później zaatakowały nas kaczki i jakieś inne ptaki, pewnie w oczekiwaniu na resztki jedzenia które zwykle zostawiają im wyjeżdżający:

Przed powrotem do Auckland mamy jeszcze w planie wizytę w Karekare. To tylko kilka kilometrów na południe od Piha, ale trzeba wjechać na grzbiet górski i ponownie zjechać. Zjazd na dół był tak stromy, iż nasze obawy o ilość paliwa stały się jak najbardziej realne, ale nie było miejsca gdzie dałoby się zawrócić. Plaża Karekare jest znacznie bardziej wysunięta na otwarty ocean niż ta w Piha, wiał więc tak tak silny wiatr, że ciężko było iść. Nie było tam poza nami nikogo. Atmosfera wręcz apokaliptyczna. Szybko uciekliśmy na szlak do wodospadu Karekare wgłąb lądu:

Podczas powrotu do Auckland, szczególnie przy podjeździe z Karekare spalanie paliwa ociągało momentami 100litrów/100km. Do najbliższej stacji dojechaliśmy na oparach, ale się udało. Na koniec zostało nam już tylko zwiedzanie Auckland. Centrum jest intensywnie zurbanizowane i widać, że to miasto skupia krajowy kapitał. Choć pod względem ilości mieszkańców miasto nie jest duże.

O zamiłowaniu do aktywnego stylu życia mieszkańców świadczy rozmiar mariny:

Ostatni nocleg spędzamy w hotelu w dzielnicy Mangere w zasięgu lotniska. Na szczęście dostajemy bardzo duży pokój jest więc miejsce na dosuszenie namiotu i rozpakowanie samochody, który przez całą podróż był naszą garderobą i kuchnią w jednym. Większość posiłków przyrządzaliśmy sami, produkt spożywcze są tutaj niewiele droższe niż w Polsce, ale ich jakość jest o wiele wyższa (przypomniałem sobie jak smakuje prawdziwe mleko i prawdziwy ser). Restauracje są w Nowej Zelandii bardzo drogie (poza fastfoodami oczywiście). Jeszcze wieczorem odwożę samochód do wypożyczalni. Spisał się dzielnie, zrobiliśmy nim ponad 4000km. Jazda po lewej stronie nie jest większym problemem, łatwo się przestawić. Kierowca z wypożyczalni, który odwoził mnie do hotelu pytał o wrażenia z pobytu, cieszył się, że mieszka w pięknym i czystym kraju. Polskę kojarzył tylko z żużla, jest jego fanem i był dumny z tego, że kilka tygodni wcześniej wiózł na lotnisko Tomasza Golloba :)

Poza okolicą Auckland ludzie żyją w Nowej Zelandii spokojnie, domy wyglądają skromnie, na wyspie południowej czasem wręcz biednie. Z pewnością niewiele przeprowadza się do Nowej Zelandii dla lepszych zarobków, raczej dla innego życia. Widać, że turystyka jest tam ważna dla gospodarki. Wszystko co ciekawe jest dobrze oznakowane, zadbane, każde miasteczko ma w ofercie jakieś zorganizowane wycieczki, loty widokowe, szlaki trekingowe itp. Wyspa południowa absolutnie przerasta atrakcyjnością wyspę północną i szczerze mówiąc żal mi było spotkanych osób które z uwagi na ograniczenia czasowe zwiedzali tylko wyspę północną (zresztą im po tym co słyszeli od innych też nie było wesoło). Warto odwiedzić ten kraj, ale pod warunkiem trafienia na tani bilet.

Do zobaczenia Sydney...

Posted: Londyn, 18-09-2009 by Robert Sadłowski

Szkoda mi wyjeżdżać. Sydney to bardzo przyjazne miasto. Dominuje tutaj niska spokojna zabudowa, jest bardzo dużo obszarów zielonych, do tego dochodzi urozmaicona i niesamowicie długa linia brzegowa. Pomimo tego, iż miasto jest bardzo rozległe komunikacja publiczna sprawdza się wyśmienicie. Sieć metra nie jest gęsta, ale wydajna i raczej dobrze zaprojektowana. Wagony metra sa piętrowe i linie poza centrum poruszając się już po powierzchni stają się koleją aglomeracyjną obsługując wiele sąsiednich miejscowości. Autobusy jeżdżą nieco kapryśnie, ale ich sieć także jest przemyślana i oparta o dobrze zaprojektowane węzły przesiadkowe (jak np. Bondi Junction).
Komunikacja miejska to także bogata siatka połączeń promowych. Wszystkie promy pływają do/z Circular Quay, gdzie łatwo o przesiadkę na autobus lub metro (stacja na słupach). Pomimo tego, iż Circular Quay to jednocześnie główny węzeł przesiadkowy i główna atrakcja turystyczna miasta to jest to miejsce przyjazne. Tak powinno się projektować węzły komunikacji miejskiej.
Rano odwiedzam jeszcze mało ciekawy Darling Harbour, targ rybny i urokliwą choć zaniedbaną dzielnicę Glebe:

Na lotnisko wybrałem się z dużym zapasem czasu, by kupic jakiekolwiek pamiątki (z założenia wcześniej nieczęsto je kupuje, by potem niepotrzebnie ich nie nosic). Sydney ma bardzo wygodny dojazd na lotnisko metrem, oddzielna stacja obsługuje terminale lokalne T2 i T3, oddzielna stacja obsługuje terminal międzynarodowy T1. Co prawda odprawiłem się dzień wcześniej online, licząc, że uda mi się upolowac lepsze miejsca (tak jak udało się koledze Sinusowi 2 miesiące wcześniej), ale nic z tego, dodatkowo nie udało mi się wydrukowac kart pokładowych, bo w kafejce nie mieli drukarki, zmuszony więc byłem by iśc do stanowisk check-in na lotnisku. Tam spotkała mnie przyjemna niespodzianka, młoda azjatka widząc mój paszport ucieszyła się i powiedziała, że była w Polsce na wakacjach i dobrze zna Kraków i Zakopane. Fajnie im się żyje w tej Australii skoro mają takie wakacje. Security i kontrola paszportowa przebiegły bardzo sprawnie, zero kolejek. W strefie tranzytowej zdziwił mnie darmowy interner - gdyż we wszystkich innich terminalach, innych lotnisk (nawet lokalne w SYD) siec była raczej droga, nawet po 0,3dolara za minutę. Na pożegnanie A340 Etihad z malowaniem F1 oraz panoramą Sydney w tle:

Kila dni po moim wylocie Sydney pokryło się czerwonym pyłem piachu naniesionego z interioru. Powietrze było czerwone, słońce niemal niewidoczne, przez pewien czas wstrzymany był ruch lotniczy. Mało brakowało, a zostałbym tam dłużej - specjalnie bym się tym nie zmartwił :)

If You are Going To San Francisco

Posted: San Francisco, 18.03.2009 by Robert Sadłowski

San Francisco wita piękną pogodą. Później od mieszkańców dowiedziałem się, że to pierwsze słoneczne i ciepłe dni w tym roku. Mam wielkie szczęście, ale mam też wielkie oczekiwania. Wiem, że San Francisco jest wyjątkowe, malownicze, ciekawie usytuowane na wzgórzach, na półwyspie pomiędzy oceanem, a zatoką i ma ciekawą historię. To podobno jedyne europejskie miasto w USA. Zapewne jedno z niewielu, gdzie życie toczy się głównie w centrum, a nie na przedmieściach. San Francisco zawsze wyróżniało się otwartością umysłów mieszkańców i odwagą w demonstrowaniu swobód obyczajowych. Miasto pomimo serii kataklizmów niemal przestało istnieć, ale zawsze wracało nie tracąc niczego ze swojego romantycznego klimatu. Pomimo ciągłego zagrożenia nadal przyciąga ludzi nietuzinkowych, artystów.
Z lotniska do centrum jest około 20km, trasę tę obsługuje kolej podmiejska (w centrum jako metro) jednak bilet jest stosunkowo drogi. Znalazłem o ponad połowę tańsze połączenie autobusowe, a dzięki temu lepiej widziałem wszystko po drodze. Udało mi się zarezerwować hotel w dobrym miejscu i chyba dobrej cenie, bo poza sezonem. Union Square Plaza Hotel w sercu miasta za nieco ponad 50usd za dobę.
W okolicach Union Square znajduje się ulica Powell St, jedna z tych po których kursują tramwaje linowe.

Zdecydowanie warto zaopatrzyć się w San Francisco CityPASS, kosztował 59usd, a zapewniał komunikację miejską na 7dni, wstęp do kilku muzeów i kilka innych atrakcji oraz masę bonów zniżkowych (obecnie CityPASS kosztuje 86usd). Da się kupić w tej samej cenie pakiet w którym rejs w okolice mostu Golden Gate można zamienić na bilet do Alcatraz (wychodzi korzystniej, a w ramach biletu do Alcatraz i tak jest rejs).
Tramwajami wzdłuż Powell St i Mason St dojeżdżam w okolice Telegraph Hill. Znajduje się tutaj wzgórze z punktem widokowym zapewniającym świetny widok na miasto. Staram się wykorzystać dobrą pogodę jak najlepiej. Na szczycie wzgórza znajduje się wieża Coit Tower - nietypowy przykład art deco. Doskonale widać stąd wyspę Alcatraz, akurat spowitą we mgle:

San Francisco ma nietypowy klimat. Specyfika ukształtowania terenu, prądów morskich mieszających się z wodami zatoki i szereg innych czynników sprawiają, iż jest tutaj zdecydowanie chłodniej niż nawet kilkanaście kilometrów w głąb lądu. Obszar nadmorski szczególnie w okolicach mostu Golden Gatę często spowijają mgły. Może być tak, że w tym samym czasie w centrum miasta jest znacznie cieplej i świeci słońce. Lato jest mgliste, a zima deszczowa. Najwięcej słońca jest wiosną i dlatego jestem tutaj w marcu :)
Ze wzgórza schodzę po wschodniej stronie, schodami do których przylegają domowe ogródki (bardzo urokliwe i ciekawe miejsce) i udaje się w stronę Pirsu39. Skusiły mnie tam wejściówka do akwarium i bony z pakietu CityPASS, ale Pier39 okazał się być nietypowym centrum handlowym, akwarium też nie rzuca na kolana. Najadłem sie przynajmniej tanich pączków z dziurką. Atrakcją są wypoczywające przy pirsie lwy morskie:

Czuje się tutaj klimat nadmorskiego miasta. Powietrze jest rześkie, popołudniu robi się już zdecydowanie chłodniej i to pomimo słońca. Gdy docieram wreszcie w okolice przyczółka Golden Gate jest zimno:

W drodze powrotnej do hotelu, specjalnie o zmierzchu zatrzymuje się jeszcze na Alamo Square. Z tego placu rozlega się bowiem jeden z bardziej znanych widoków na miasto:

Witaj Afryko

Posted: Dar es Salaam, 15.02.2008 by Robert Sadłowski

Powrót do Afryki równikowej po 7 latach z jedynie bardzo ogólnym planem zwiedzania i obawami czy poziom cywilizacji będzie lepszy, czy gorszy niż w Kamerunie w 2002. Na forach informacji niewiele, nawet przewodnik Lonely Planet skromny i niekonkretny. Czytam, że Tanzania to dzicz w porównaniu do Kenii. Bilety za mile z 4 odcinkami lotu w każdą stronę, wszystko dlatego, że Swiss do Dar z międzylądowaniem w Nairobi wylatuje tak wcześnie rano, że trzeba do Zurychu dolecieć dzień wcześniej, do tego długa przesiadka w Frankfurcie. Na osłodę wszystkie loty w biznesie i widok z przedniej kabiny A330-200 z Alpami w tle:

Serwis od samego startu wyśmienity. Obiad kończy się dopiero na północną Afryką. Lądowanie w Nairobi już o zmroku, nieco ponad 1h postoju i ostatni krótki odcinek do Dar.
Dzięki sprawnemu opuszczeniu samolotu udało się formalności wizowe załatwić praktycznie bez kolejki. Na lotnisku ma czekać zamówiony przez hotel kierowca. Obawiałem się błędzenia w drodze z lotniska w późnych godzinach wieczornych, może innym razem.
Powietrze jest gorące i lepkie. Przedmieścia po ciemku nie zachęcają, widać porzucone wraki samochodów i grupy ludzi dookoła ognisk płonących w starych beczkach.
Znalazłem tylko 2 tanie hoteliki polecane przez turystów: Jambo Inn i Safari Inn, wybrałem ten drugi. Dojazd do niego nie wygląda zachęcająco, stalowe bramy na kolejne dziedzińce otwierają dziwni ludzie. Pokój z zagrzybionymi ścianami, okna bez szyb i ogromne gorąco. Uznałem, że lepiej uciekać dalej i to możliwie jak najszybciej. W recepcji powiedziano, że autobusy do Arushy odjeżdżają o 6:00 rano, zamówiłem taksówkę.
Pomimo, że podróże wzdłuż południków praktycznie bez zmian czasowych tak nie męczą ciężko byłem wykończony. Leżałem bez ubrania na łóżku i czułem jak spływa ze mnie pot, a prześcieradło (zabrane z domu) staje się coraz bardziej mokre. Przypominam sobie Heban, podobnie noce w Dar opisywał Kapuściński, który lata temu miał tutaj mieszkanie.
Nagle, zaledwie chwilę po tym jak udało mi się zasnąć (tak mi się wydawało) budzi mnie przeraźliwy dźwięk... meczet. Zupełnie zapomniałem, że w kraju muzułmańskim budzik nie jest potrzebny, a życie rozpoczyna się nieco wcześniej.
Taksówka na dworzec autobusowy dociera bardzo szybko. Kierowca pokazuje palcem gdzie iść i równie szybko odjeżdża. Nadal jest ciemno, pod nogami błoto, a dookoła tłum ludzi, łapią za ręce, każdy z nich chce sprzedać bilet. Ide wzdłuż ciągu kanciap, w każdej rezyduje inna firma przewozowa i w każdej jest tłum ludzi. Żadnej tablicy odjazdów, żadnej informacji. Nie ma wyjścia, trzeba się dogadać z którymś z naganiaczy, komuś zaufać. Dopiero z biletem udaje się wejść na teren dworca, gdzie już niemal pełne autobusy czekają na odjazd. Okazuje się, że o 6:00 odjeżdżają wszystkie autobusy wszędzie. Zaczyna robić się jasno.
Po drodze widząc olbrzymie przestrzenie i egzotyczną roślinność czuję ulgę. Autobus nie ma klimatyzacji, ale mi to nie przeszkadza, na zewnątrz pada nawet lekki deszcz.
Podróż trwa około 10h w tym z 1h postojem, co przy dystansie niemal 700km daje przyzwoitą prędkość.
Arusha wita spokojniejszym klimatem i większą ilością kolorów:


Jeszcze tego samego dnia udaje się wynegocjować dobre warunki 3dniowego safari z Sunny Safaris (www.sunnysafaris.com), ale na pojutrze, bo jutro trzeba odpocząć.