INDONEZJA 2013

MAPA

przez Singapur na Bali

Ubud

Do Singapuru dolecieliśmy nudną Lufthansą, na lotnisku Changi czekając na przesiadkę pobiegliśmy w ulubiony zakątek Terminala 3, ale niestety leżanki które pozwoliły nam tu odpocząć rok wcześniej zniknęły, zostały tylko nieco mniej wygodne fotele:

Odlot do Denpasar opóźnił się nieco z powodu miłej dla oka tropikalnej burzy (bardzo żałowałem, że widzę ją z okien terminala, a nie z samolotu). Na pokładzie obłożenie skromne. Sporo Rosjan z małymi dziećmi, a obok nas pijana Amerykanka z NY (chyba tylko z grzeczności pozwolono jej lecieć).
Ponieważ na Bali dotarliśmy późno w nocy, pierwszy nocleg zarezerwowałem blisko lotniska. Pierwszy hotel, mimo że nie był tani, nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Dopiero pierwsze azjatyckie śniadanie rozwiało wątpliwości, że zdecydowanie nie będzie źle:

Poranny spacer szybko upewnił nas w przekonaniu, że im szybciej pojedziemy dalej, tym lepiej. Kuta, Legian i Sanur to miejsca nastawione na masową turystykę z biur podróży z wszystkimi tego konsekwencjami. Na Bali transport publiczny właściwie nie istnieje, nawet prywatne busy dla turystów kursują sporadycznie sporadycznie. By coś zwiedzić trzeba pożyczyć motorek, samochód albo wynająć taxi z przewodnikiem. Wybraliśmy skuter, a na bazę wypadową oczywiście Ubud. Po doświadczeniach w Kucie obawialiśmy się nieco, że Ubud wygląda podobnie, ale na szczęście niepotrzebnie. Ubud jest miastem sztuki już od prawie 100lat, kiedy lokalna rodzina królewska (na Bali było wiele małych królestw) zaczeła ściągać do Ubud artystów, nie tylko lokalnych, ale i obcokrajowców z Europy. Ubud co prawda jest już miastem zepsutym komercją, ale jeszcze nie na tyle, by nie dało się znaleźć tam ciekawych miejsc na nocleg i rozrywkę (głównie kulinarną, oczywiście!). Część sklepów to niestety kicz, a zabudowa momentami staje się dzika.

Miasteczku nie można jednak odmówić specyficznego uroku. W Ubud zdecydowanie da się dobrze zjeść, a przy tym wiele małych knajpek, nawet tych w centrum oferuje bardzo przyjemną atmosferę:

Na pierwsze dwa dni zarezerwowałem pokój w Suastika Bungalow blisko centrum, a później wykorzystałem wcześniej zrobioną listę najlepiej ocenianych hotelików. Okolica Suastika Bungalow na północ od centrum wygląda ciekawie i sielankowo:

Do centrum można dojść spacerem, po drodze nie ma jednak wielu sklepów. Dostaliśmy bardzo duży pokój w zaciszu (z łazienką i kuchnią) z widokiem na zieloną dzicz doliny niewielkiego potoku:

Śniadania były bardzo dobre, personel niezwykle miły (pomogli nam w wynajęciu skutera). Jedynym niewielkim minusem było nieco zaniedbany ogród. Już pierwszego wieczoru trafiliśmy przypadkiem w jednym z domostw w naszej okolicy na lokalne tańce. Usłyszeliśmy śpiewy, weszliśmy do środka, gdzie pozwolono nam przyglądać się do woli. Tańcząca para nie była przebrana w maski które towarzyszą balijskim tańcom, więc być może ćwiczyli. Kilkanaście osób siedzących dookoła kołysząc się z uniesionymi rękoma, nuciło hipnotyczną melodię, a może recytowało jakąś pieśń. Ten tym tańca nosi nazwę kecak. Wszyscy mieli z tego wyraźną radość, my oczywiście też:


Kolejnego noclegu poszukaliśmy sobie już na miejscu, oglądając pokoje. Udało nam się chyba trafić na miejsce, które do dziś wydaje nam się prawdziwą perełką. Personel i cena przyjazna tak, że człowiek chciałby spędzić tam miesiąc, a najlepiej kilka: Toko Toko - obiekt naszych wspomnień. Największym atutem hoteliku są dopieszczone ogrody:

Pokój wygląda już skromnie w porównaniu z ogrodem:

Ale widok z okna jest przyjemny, szczególnie pola ryżowe w oddali w promieniach wschodzącego słońca:

Część zabudowy ogrodu ma charakter wyłącznie dekoracyjny. Poniżej Monika odpoczywająca w hotelowej świątynce:

Do Toko Toko jest już za daleko z centrum by regularnie przemierzać tę odległość na nogach. Przejazdy taksówkami jak na lokalne standardy nie są tanie, ale dysponując skuterem lokalizacja staje się atutem. Dojazd zresztą też jest całkiem malowniczy:



Posted: 26-02-2013 by Robert Sadłowski

Bali

Ubud

Pierwsze dni odpoczywaliśmy, później zapędzaliśmy się na coraz dalsze wycieczki. Skuter - to koszt rzędu 15 zł na dobę. Wyjazd do świątynii Tanah Lot okazał się prawie klapą. Świątynia może i jest ładna, ale całą komercyjna otoczka z ogromnym parkingiem dla autokarów psuje niemal cały urok. Zdecydowanie bardziej podobał nam się kompleks świątynny Taman Ayun Temple w okolicach miasta Mengwi, który odwiedziliśmy w drodze powrotnej.

Przy okazji przekonaliśmy się, że podróżowanie po Bali na własną rękę nie jest takie proste. Drogowskazów jest tam niewiele, nie ma dokładnych map, a jazda na oko nie jest dobrym pomysłem z uwagi na dużą ilość rzek z ograniczoną ilością mostów. Po wdrożeniu nawigacji opartej o google map i GPS już nie błądziliśmy. Na domiar złego tego dnia pomimo kremów spaliło nas słońce.
Najciekawsze krajobrazowo wydają się tereny na północ i na zachód od Ubud. Zresztą cały obszar dookoła Ubud jest zdecydowanie bardziej zadbany i bogatszy niż inne obszary wyspy, które widzieliśmy. Nawet oryginalne lokalne domostwa są tutaj zbudowane z rozmachem i dużą dbałością o detale. Jazda po tamtejszych drogach to prawdziwa frajda. Takie widoki są powszechne:


Podobało nam się w świątyni Gunung Kawi w Sebatu koło Tegallalang, także na północ od Ubud (po drodze mija się najbardziej komercyjny punkt widokowy na tarasy ryżowe). Do świątyni nie dociera wielu turystów, atmosfera jest więc bardzo klimatyczna:

Podczas jednej z wycieczek zapędziliśmy się aż na wschodni skraj wyspy poszukując po drodze ciekawych plaż w okolicach Candidasy (nie znaleźliśmy). Podobało nam się za to także w miasteczku Gianyar, gdzie zatrzymaliśmy się na posiłek, a przy okazji trafiliśmy na dziecięcy koncert gry na gamelanie:

Pod koniec tego wypadu, na trasie prowadzącej zboczami wulkanu Gunung Anung złapał nas deszcz:

Szukając schronienia trafiliśmy zupełnie przypadkiem do małej świątynki, której nawet nie ma w przewodnikach:

Pojechaliśmy także do wodnej świątyni Pura Ulun Danu Bratan będącej jedną z przewodnikowych największych atrakcji, ale okazała się równie popsuta przez komercje jak Tanah Lot.

Pomimo że byliśmy tam podczas końca pory deszczowej, pogoda nam sprzyjała. Poranek praktycznie codziennie piękny i słoneczny. Chmurzyło się dopiero po południu, a wieczór zwykle kończył się przynajmniej jedną ulewą przyjemnie odświeżającą powietrze.
Wypady w głąb wyspy mocno nas zdziwiły. Wystarczyło odjechać 30-50 km od Ubud i okolic Denpasar, by zobaczyć sporą biedę i mocno opóźnione cywilizacyjnie miejsca. Niby wyspa jest turystycznie popularna, ale praktycznie cała turystyka masowa ogranicza się do okolic Denpasar, a turyści są jeszcze w Ubud i w kilku innych miejscach. Większość powierzchni wyspy jest bardzo dzika i nie odwiedzana przez turystów. Turyści masowi jeżdżą autokarami do przewodnikowych atrakcji, które są stosunkowo słabe i komercyjnie popsute. Znacznie ciekawsza jest po prostu przyroda i etniczne detale, które są tam jeszcze widoczne. Zupełnie się tego nie spodziewałem i miałem obawy, że wyspa będzie podobna do Phuket. Turyści na motorkach to, poza Ubud i okolicami Denpasar, też nieczęsty widok, ludzie raczej biorą kierowcę z samochodem na cały dzień i zdają się na jego plan zwiedzania.
Bali to fajne miejsce na odpoczynek, ale pod warunkiem, że omija się szerokim łukiem okolice Denpasar (Kuta, Legian, Sanur). Ludzie są generalnie uczciwi, próbowano mnie okraść tylko w Kucie w kantorze, ale czułem, że coś jest nie tak i przeliczyłem pieniądze po powrocie do hotelu ponownie. Brakowało równowartości aż 100 USD! Szybko wróciłem do kantoru, pracownicy nie byli specjalnie tym zdziwieni. Oddano mi brakującą kwotę właściwie bez specjalnych nacisków, wystarczyło słowo policja, więc im wybaczam.
W Ubud łatwo o dobre i tanie jedzenie, ale już poza Ubud, nawet w okolicach największych atrakcji turystycznych, jest mizernie. Są podobno dobre i tanie miejsca pochowane w różnych zakątkach wyspy, ale trzeba o nich wiedzieć. Gdy się nie wie, to jadąc przez wyspę, ciężko o jedzenie. Restauracji praktycznie nie ma, nawet tanich dla miejscowych. W sklepach są tylko słodycze. Raczej każdy je to co mu przy domu wyrośnie. Lepiej brać zapas ze sobą. To spora różnica w stosunku np. do Tajlandii.
Tak wyglądają stacje benzynowe:

A kury są tutaj ptakami ozdobnymi:

Po wyspie Bali przyszedł czas na zwiedzanie Jawy. Na poranny dojazd na lotnisko Ngurah Rai w Denpasar zamówiliśmy zapoznanego dzień wcześniej taksówkarza. Jego zdaniem, by zdążyć na samolot o 6 rano, wystarczyło wyjechać z hotelu o 5:15. Poprosiliśmy, by przyjechał przynajmniej 10 minut wcześniej i mniej więcej od 5:00 czekaliśmy już przed hotelem. Czekaliśmy prawie do 5:20 i nie przyjechał. Szybko poprosiliśmy o telefon po taksówkę w recepcji. Punktualność nie jest mocną stroną Indonezyjczyków. Mimo tych perturbacji zdążyliśmy na samolot. Jakiekolwiek formalności lotniskowe traktowane są jako zbędne, jakieś tam sprawdzanie dokumentów, prześwietlenie bagażu, nikt się do tego specjalnie nie przykłada i może dlatego nie ma kolejek. Przed 6:00 siedzieliśmy już w samolocie. Dopiero miałem czas na oglądanie obitego kolana i palców stóp. Śpiesząc się do taksówki w deszczu (tym razem wyjątkowo porannym), nie zauważyłem progu w kałuży, potknąłem się, a próbując kontować drugą nogą, też się potknąłem o ten sam próg. Jeszcze nie zdarzyło się, bym wrócił z podróży bez przynajmniej jednej rany.

Posted: 02-03-2013 by Robert Sadłowski

Zmiana wyspy

Yogyakarta

Przelot z Denpasar do Yogyakarty krótki i przyjemny. Przed wylotem na Jawę prawie każdy nas ostrzegał, że tam nie ma już takiej sielanki jak na Bali, że jest niebezpiecznie, że gorsza infrastruktura, że jest brudno. Generalnie wszystko, co najgorsze.
Okazało się, że Yogya ma całkiem fajny terminal lotniska, tanią, sprawną i przyjemną publiczną komunikację autobusową z lotniska do centrum (lepiej niż w Poznaniu). Także samo miasto jakoś nie przeraża. Ma swój klimat, bardzo powszechne są rowerowe riksze:

W Yogyakarcie są według przewodników dwa obszary ze skupiskami hoteli i knajp dla turystów: okolice dworca i Malioboro Street oraz artystyczna dzielnica Prawirotaman. Wyczytałem, że lepiej skomunikowany obszar przy głównym dworcu kolejowym podupadł i lepiej udać się do dalej położonego Prawirotaman.
W rzeczywistości okazało się, że jest odwrotnie. Na Prawirotaman jest po prostu kilka lepszych i droższych hosteli, którym zależy na napędzaniu turystów. Prawirotaman to właściwie dwie równoległe ulice z hostelami, knajpkami, kawiarniami i droższymi hotelami. Jedna z ulic wygląda tak:

Oto życie nocne w niemal ścisłym centrum Yogyakarty blisko pałacu sułtana:

Mnie w Yogyakarcie się podobało, mojej żonie Monice mniej. Jest tam bardzo mało turystów i prawie zero komercji - to niewątpliwie atuty.
W ramach atrakcji przejechaliśmy się rikszą. Ustaliliśmy cenę z pierwszym lepszym gościem z ulicy. Ten zaprowadził nas do swojej owiniętej workami rikszy, przy rozpakowywaniu okazało się, że nie ma powietrza w kołach. Biegał, prawie się przewracając, szukał pompki, a gdy w końcu udało się ruszyć, ten z krzykiem radości porzucił rikszę i pobiegł ściskać się z jakimś obrośniętym facetem w łachmanach. Trwało to kilka minut, pomyśleliśmy, że pewnie jakaś rodzina z daleka do niego przyjechała. Gdy wrócił do nas, w trakcie rozmowy okazało się, że to jego stały klient (?), Turek, biznesmen, który inwestuje w Indonezji i ma zamiar budować jakaś dużą fabrykę. Nieco zaskakujące.
Rikszarz okazał się wygadany, chwalił się, że mówi biegle kilkoma językami, a w stopniu podstawowym ponad dwudziestoma. Znał nawet jakieś słowa po polsku.
Opowiadał, że jeździ rikszą od 30 lat i że to świetna praca, bo pracując każdego dnia kilka godzin, wystarcza mu to na utrzymanie siebie, żony i studiujących dzieci. A jego córka skończyła właśnie studia z (chyba) rybołówstwa i dostała bardzo dobrą pracę z dużym koncernie. Starcza mu jeszcze czasu, by grać w dwóch zespołach muzycznych. Nic tylko lecieć do Indonezji i jeździć rikszą!:)
Następnego dnia zwiedziliśmy jeszcze Kraton (średnio ciekawy) i pojechaliśmy autobusem do Borobudur:

Zwiedzanie Borobudur rozpocząłem od organizowanego przez hostel Lotus II, w którym się zatrzymaliśmy, wypadu na wschód słońca na pobliska górkę. Wyjazd około 4:30, więc trzeba było wstać wcześniej (i tak donośny głos muezzina z pobliskiego meczetu nie dawał się wyspać), ale myślę, że było warto:


Sama świątynia Borobudur to już zdecydowanie nie to, co Angkor. Turystów jest bardzo dużo, ale białych stosunkowo niewiele. Zdecydowanie warto rozpocząć zwiedzanie o 6:00 rano, a do 11:00 można się już wynudzić. Po zakupie biletu, przed wyjściem na teren świątyni, otrzymuje się gratisową kawę i herbatę oraz wypożycza się (obowiązkowo) sarong.

Dookoła widać przynajmniej dwa duże stożki wulkaniczne, a oto najniebezpieczniejszy z nich, Merapi (na kolejny dzień mamy w planie krótki treking w jego pobliżu):

Rano przy świątyni organizowane są buddyjskie medytacje, ale szczerze mówiąc nie bardzo wiem, co ten mnich robi (może transmisję online):

Jeszcze tego samego dnia mieliśmy w planie dotarcie do Kaliurangu u podnóży wulkanu Merapi. Powiedziano nam, że z Borobudur da się tam dojechać dwoma autobusami z przesiadką w miejscowości Tempel, tak by uniknąć powrotu do Yogyakarty. Pierwsza część podróży poszła bez problemu, jednak w Tempel nie było już ani dworca autobusowego, ani autobusów. Miejscowi oczywiście twierdzili, że autobusu nie ma i oferowali transport motorem lub taksówką. Ceny, które oferowali, nie były nawet wysokie, ale mieliśmy czas i uparliśmy się przy autobusie. Dopiero po około 30 minutach podszedł do mnie jakieś facet i powiedział, że autobusy są, ale nie jeżdżą często i w dodatku nieregularnie. Na szczęście, po kolejnych 15 minutach inny napotkany Jawajczyk powiedział nam, że i tak tam jedzie i chętnie nas podrzuci. Zapytany o kwestie finansowe powiedział, że mu obojętnie, ale będzie miło jak mu coś damy i mamy sami ustalić, ile chcemy. Daliśmy mu tyle, ile kosztowałby autobus, był zachwycony, a w zamian podrzucił nas pod sam hostel w Kaliurangu.
Po drodze opowiadał, że jedzie wymienić okna w jakimś domu, że jego szef ma też hostel w Yogyakarcie, no i w ogóle, że nie żyje się tam źle. Indonezyjczycy są rzeczywiście cały czas uśmiechnięci i zadowoleni z życia.
To pamiątka z tego przejazdu:

Posted: 06-03-2013 by Robert Sadłowski

Treking na zboczach Merapi

Kaliurang

W Kaliurangu zatrzymaliśmy się w Vogels Hostel (www.vogelshostel.net). Czytałem o nich wcześniej w kilku relacjach i każdy był zachwycony.
Byłem pewien, że hostel będzie pełny, ale okazało się, że z gości jesteśmy tam tylko my. Na szczęście niedługo dojechał jeszcze Amerykanin... rowerem. Porozmawialiśmy z nim trochę. Mieszka w Serbii, ma tam żonę, nie cierpi Stanów Zjednoczonych, bo uważa, że miasta są tam potwornie brzydkie, ludzie leniwi, a urzędnicy i rząd głupi. Przyznał jedynie, że trzyma obywatelstwo, bo się przydaje. Dopiero późnym wieczorem przyznał się, że rozumie trochę język polski (chciał nas podsłuchiwać, drań), nie mógł zrozumieć, dlaczego nie pijemy nawet piwa (mnie też to bolało, ale akurat nie mogłem, a Monika wolała soki). Mamy sporo czasu na odpoczynek i notatki z podróży:


Bardzo ciekawą osobą jego właściciel hostelu, Christian Awuy. Czytałem, że facet organizuje trekingi po okolicy, ale nie spodziewałem się, że (jak się okazało) ma... 67 lat. Po hostelu chodził powoli i przygarbiony, ale odzyskiwał wigor i tempo na szlaku, pod górkę trudno było czasem dotrzymać mu kroku.
Hostel jest nieco zaniedbany, ale utrzymany w klimacie górskim. Na ścianach same zdjęcia wulkanu, mapy, zdjęcia z trekingów, artykuły z gazet o wulkanach. Hostel jest też restauracją, w której naprawdę pyszne posiłki przygotowuje żona Christiana, jest tanio i można bardzo dobrze zjeść. Christian Awuy jest prawdziwym miłośnikiem wulkanów, szczególnie Merapi. Kocha to, co robi i miejsce, w którym żyje. Dawno temu studiował coś związanego z wulkanami, później pływał na statkach (był nawet w Gdańsku), a za zarobione pieniądze zorganizował ten hostel. Prowadzi go już od 30 lat, a obok swojej działalności w branży turystycznej włącza się także w akcję prewencji i ewakuacji ludności w czasie wybuchu wulkanu. Rozplanował też plany ewakuacji lokalnej ludności i aktywnie działa w uświadamianiu mieszkańców o zagrożeniach jakie niesie Merapi. Za swoją działalność w 2002 roku został Człowiekiem Roku w Indonezji.:

Aż pozazdrościłem, że u nas takie tytuły przyznają raczej czasopisma i raczej bardziej celebrytom niż tym, którzy rzeczywiście robią coś dobrego. Został doceniony, a i tak żyje skromnie. Wygląda na szczęśliwego i mówi, że jest szczęśliwy i zdrowy, bo robi to, co lubi. W dodatku ten prawie siedemdziesięcioletni człowiek świetnie włada językiem angielskim. Niesamowity człowiek, którego warto poznać. Moja Monika była nim zachwycona.
Mimo że oficjalnie trekingi organizowane są dopiero dla grup powyżej 4 osób, Christian nie robił problemów, by iść tylko z nami. Okazało się, że mieli dojechać jeszcze jacyś Koreańczycy, ale przestraszyli się deszczu (zaczęło padać, gdy tylko dojechaliśmy do Kaliurangu).
Też obawialiśmy się deszczu na trekingu, ale dziadek Christian mówił, że gdy po południu mocno pada, to rano będzie pogodnie (choć wtedy było nam w to trudno uwierzyć). Pobudkę mieliśmy już przed 4:00 rano. Najpierw dostaliśmy śniadanie (w pakiecie), a przed wyjściem był jeszcze briefing: pełen profesjonalizm, z planszami, mapami, zdjęciami itp. Gdy wychodziliśmy, było jeszcze ciemno, mieliśmy przerwę na wschód słońca, potem, niestety, zaczęło padać i momentami, gdy kilka razy pojechałem po błocie na tyłku w krzakach, zastanawiałem się, czy wiemy, co robimy. Merapi ma strefę, powyżej której nie wolno wchodzić. Im bliżej tej strefy, tym bardziej ścieżka, którą szliśmy zanikała. W pewnym momencie nie było jej już wcale. Po prostu przedzieraliśmy się przez tropikalną roślinność w ciemności. Dziadek po drodze opowiadał, że jest coraz więcej turystów z Chin, że strasznie krzyczą i nie potrafią się zachować (też to widzę w wielu miejscach). Nie lubi ich i na trekingi z nimi wysyła często syna. Dobrze kojarzył Polskę, ze względu na miasto portowe Gdańsk i naszego papieża. Monika po drodze wdała się z nim w rozmowę o lokalnej florze i faunie, generalnie bardzo miła wycieczka. Gdy już zbieraliśmy się do powrotu, powiedział nam, że czasem sam się gubi, bo wszystko w porze deszczowej szybko zarasta i za każdym razem szlak wygląda inaczej. Stara się orientować w przestrzeni na podstawie pagórków i dużych drzew, a jak ich nie widać, to zostawia sobie znaki. Gdy wulkan w 2010 zmasakrował kilka wiosek, już po kilku miesiącach wszystko porastała trawa o dwumetrowej wysokości. Dziadek ciągle utrzymywał, że zaraz się przejaśni, bo tak zwykle jest - i miał rację. Chmury się rozeszły i w ciągu 10-15 minut z deszczu i gęstych chmur, mieliśmy taki widok:

Widać dym z krateru.
Za cały pakiet: nocleg, treking oraz jedzenie - 2 śniadania (przed i po trekingu), 2 obiady i kolację - zapłaciliśmy łącznie niecałe 100 zł od osoby.
Kaliurang jest fajny, gdyż jest tam zdecydowanie chłodniej niż w Yogyakarcie. Miasteczko znajduje się na wysokości około 800-900 m n.p.m. i ma charakter nieco uzdrowiskowo-rekreacyjny (coś jak góry Błękitne dla Sydney).

Po powrocie z Kaliurangu do Yogyakarty wybraliśmy sobie lepszy hotel, by odpocząć (z fajnymi knajpami w okolicy). Niestety, przez pół wieczoru i prawie całą noc akurat na naszej ulicy nie było prądu. Nie działała ani klimatyzacja, ani oświetlenie, rano zniknęła woda w łazience. Generalnie koniec świata. Ale cały hotel i pokój był przyjemny. Mimo wszystko udało nam się odpocząć przed czekającą nas (długą) podróżą do Jakarty.
Nie było nam szkoda opuszczać Yogyakarty, a czekała nas całodniowa podróż pociągiem do stolicy. Na najlepszy pociąg nie było nas stać (drożej niż PKP i promocje AirAsia). Wybraliśmy tańszy w godzinach, które nam pasowały. Do wyboru były 2 klasy podróży:
- ekonomiczna (na plastikowych siedzenia i z klimatyzacją)
- biznes (na miękkich siedzeniach, ale... bez klimatyzacji)
Nieco dziwna konfiguracja, ale wybraliśmy droższy biznes. Niestety, w pociągu było strasznie gorąco, gdy stał, gdy jechał, nie było tak źle, wszystkie okna były otwarte. Akurat wentylator znajdujący się bezpośrednio nad nami, nie działał... Monika zrobiła użytek z zakupionych na Malioboro wachlarzy.
Widoki bardzo ciekawe mniej więcej do połowy drogi, później zrobiło się bardzo płasko, mniej egzotycznie i po prostu nudno. Jakiś tam widok z pociągu z cyklu zabawy w błocie:

Już blisko Jakarty zauważyłem, że jestem brudny od popiołu. Z czasem było już wyraźnie widać, że grudki popiołu wlatują przez okna i pojawił się smród siarki. Potem na mapie sprawdziliśmy, że przejeżdżaliśmy blisko wulkanu, który kilka dni wcześniej się uaktywnił.
Im bliżej Jakarty tym większa urbanizacja i niestety bieda:

Na Jakartę zostało nam zaledwie kilka godzin. Miasto jest ogromne i na samo obejście całkiem bogatego i intensywnie zagospodarowanego centrum kilka godzin nie wystarczy. Klimatu Azji jest już mniej:

Odlot z pierwszej oddanej do użytku części nowego terminala. Znowu AirAsia, tym razem ze sporym opóźnieniem (ponad 1,5h):

Liczyłem, że zaraz po starcie zobaczę pozostałości atolu Krakatoa, jednak z powodu opóźnienia po starcie było już ciemno, zbyt ciemno by dobrze orientować się w terenie, ale po powrocie udało mi się dzięki googlemaps rozpoznać wulkany:

Posted: 09-03-2013 by Robert Sadłowski

Powrót

Singapur

Dolecieliśmy do Singapuru już późnym wieczorem. Wylot do Polski mieliśmy dopiero następnego dnia późnym wieczorem. To moje 3-cie podejście do zwiedzania Singapuru. Zawsze był na początek wyjazd i doskwierało mi zmęczenie podróżą oraz jetlag (szczególnie rok temu po locie z wylotem z MUC około 13:00). Tym razem chciałem by Singapur był wreszcie na koniec, by mieć lepsze podejście do zwiedzania.
O Singapurze było już tutaj pisane wszystko i to wielokrotnie. To popularne miejsce, którego wręcz nie da się ominąć przy w miarę regularnych podróżach. Moje poranne kółko po centrum wyszło jeszcze ok, ale nawet po tych 2tyg. w Indonezji w Singapurze czułem się już jak w Europie:

Jak widać około południa jest tak gorąco, że ludzie na ulicach zniknęli. Nie pomagają nawet napędzane ogniwami słonecznymi wiatraki:

Ja jednak jestem z tych którzy lubią ciepło i dobrze się w nim czuje, szczególnie gdy jest jeszcze wilgotno. Tylko 2 lub 3 razy w życiu czułem, że jest mi za gorąco (co dziwne głównie w Europie).
Mam wrażenie, że za każdym razem w Singapurskich centrach handlowych i stacjach metra jest chłodniej. Wiadomo, że kraje strefy zwrotnikowej z biedą w swoim życiorysie traktują chłód jako objaw luksusu. Ten kompleks jest chyba w Singapurze wiecznie żywy.
Zmarzłem tam potwornie. W zasadzie już popołudniu przeklinałem to miejsce za to, że nie mogę sobie spokojnie skorzystać z metra, zjeść cokolwiek bez wchodzenie w miejsca tak zimne, że nie da się tam wytrzymać bez długiego rękawa. Wymęczyło mnie to i wieczór skończył się na tarasie Marina Sands Bay. W sumie patrząc na ten ich basen, wcale mnie tam nie ciągnie:

Panorama miasta z tarasu widokowego Marina Sands Bay:


No i smutne śnieżne sceny zaraz po dolocie do FRA:

Udało nam się uniknąć śnieżnego paraliżu w FRA, który był dzień wcześniej. Jednak z tego powodu nasz samolot do POZ miał opóźnienie i LF był 100% i to z długą listą standby. Oczekując na samolot w gejcie nasłuchaliśmy się przechwalających się pasażerów tym kto skąd wraca.
2 chłopaków podobnie jak my wracało z Jakarty, byli tam kilka tygodni służbowo. Opowiadali, że zwiedzili okolice Jakarty i byli na Bali i ich zdaniem to nudny kraj i za bardzo nie ma co robić, bo plaże są brzydkie i w ogóle dla turystów słabo, no chyba, że ktoś chce gdzieś oglądać jakieś świątynie... ręce opadają. Zwiedzanie Bali ograniczyli do .. Kuty. Opowiadali dziewczynie, że tam jest tak gorąco, że nie da się wytrzymać, na co ona im odpowiedziała, że mieszka w Katarze i wie coś o tym, bo Katar też przecież leży blisko równika Przynajmniej było wesoło, no i zawsze to bardziej zabawne niż żenujące, jak pijana amerykanka z NY lecąca z nami SIN-DPS.
Już nie mogę doczekać się kolejnego wypadu do Azji.

Posted: 13-03-2013 by Robert Sadłowski