AUSTRALIA

MAPA

Podróż

Melbourne

Tę podróż odbyłem niemal przypadkiem. Rok 2009 był dla mnie wyjątkowo szczęśliwy, chyba najlepszy. Otóż zauważyłem skromną informacje o zbliżającej się promocji w liniach Qantas. Bilety z Londynu do Sydney miały być bardzo tanie - 215funtów, ale linia zamierzała sprzedać w tej cenie tylko około 200szt - kto pierwszy ten lepszy. Informacja wyglądała wręcz nieco niepoważnie. Ale ja nie mogłem nie spróbować, choć szczerze mówiąc byłem bardzo zdziwiony, gdy na końcu procesu rezerwacji otrzymałem potwierdzenie. Widocznie wiele osób uznało, że to żart. Lepiej dla mnie :)
Miałem mniej niż 3tygodnie na przygotowanie całej podróży, tak by czas w Australii wykorzystać jak najefektywniej.
W Londynie nocowałem u znajomego. Pozwiedzałem miasto, a wieczorem stawiłem na Heathrow T4. Terminal 4 nie jest duży, zrobił na mnie gorsze wrażenie niż T5, podobny bałagan z gateami, sklepów niewiele, architektura i wykończenie marne. Boarding na mój lot bardzo wczesny, 20minut przed planowanym odlotem już wszyscy siedzieli na swoich miejscach w samolocie. Wybrałem dla siebie miejsce na samym tyle, gdzie w 747 zwykle są tylko 2, a nie 3 siedzenia przy oknie oraz jest przy okazji sporo dodatkowego miejsca wynikającego z geometrii kadłuba.
Qantas spisał się dobrze, rozdano TravelKity, menu z planem lotu i listą dań do wyboru na każdy posiłek. Na czas snu każdy dostał dodatkową torbę z butelką wody i rożnymi ciastkami, chipsami itp. W czasie przeznaczonym na sen co jakiś czas roznoszono wodę, soki i owoce. W Singapurze miałem przesiadkę z samolotu lecącego z Londynu do Melbourne, na samolot lecący z Frankfurtu do Sydney. Qantas na Changi jest obsługiwany na Terminalu 1, mi przytrafiły się gejty akurat przy granicy z niedawno oddanym Terminalem 3, wiec 1h czasu, który został mi z przesiadki przeznaczyłem na zwiedzanie nowej inwestycji.
Kolejny odcinek lotu przespałem. Do Sydney dotarliśmy przed czasem, samolot musiał wstrzymać się z lądowaniem do 5:00 rano, gdyż z powodu norm hałasu dopiero wtedy otwierane jest lotnisko.
Plan podróży ułożony miałem tak, by nie marnować czasu w Sydney i od razu po przylocie lecieć do Melbourne. Miałem 3h na przesiadkę na kolejny lot do Melbourne, również z Qantasem. Podczas lądowania w Melbourne miałem całkiem atrakcyjny widok na miasto:

Po przylocie, pojechałem jak najszybciej do zarezerwowanego hostelu, umyłem się i wybiegłem na miasto. Po ponad 2 dobach w podróży miałem teraz czas przewidziany na ... zwiedzanie. Byłem twardy przez kilka godzin, obejrzałem Street Art na Hosier and Rutledge Lane:

Potem zmęczenie wygrało i zacząłem nieco tracić kontakt z rzeczywistością. Wróciłem do swojego pokoju by choć trochę się przespać. Zarezerwowałem najtańszy pokój jaki znalazłem: w Elephant Backpackers przy Flinders Street. Hostel ogólnie nie jest zły, ma tylko jedną wadę. Otóż ściany pomiędzy pokojami nie dochodzą do sufitu, więc dźwięki pomiędzy pokojami rozchodzą się dość swobodnie. W mojej fazie zmęczenia nie miało to tym razem znaczenia.
Do zwiedzania wróciłem wieczorem. Przeszedłem okolice nabrzeży rzeki Yarra, obejrzałem ciekawe architektonicznie budynki handlowe i wieczór skończyłem na zasłużonym piwie. We wrześniu w Melbourne jest stosunkowo chłodno, szczególnie wieczorami i rano. Zachmurzone niebo i drzewa pozbawione jeszcze liści dawały ponury klimat. Odpuściłem więc sobie zwiedzanie ogrodów. Pogoda mi nie dopisywała, przez chwilę pomyślałem nawet, kurcze co ja tu robię...
Nocleg był ciężki. Jetlag i hałasy z innych pokoi nie pozwalały mi zasnąć.

Posted: 04-09-2009 by Robert Sadłowski

Great Ocean Road

Melbourne

Great Ocean Road zaplanowałem przejechać wykupując zorganizowaną wycieczkę z Tour With A Difference (www.atwad.com.au). Głównie z powodu wysokich kosztów wynajmu samochodów, ale także w obawie przed zmęczeniem wynikającym z jetlagu. Specjalnie wybrałem pakiet z jedzeniem, bo wiedziałem, że jak zobaczę australijskie ceny to zacznę oszczędzać na jedzeniu, co w połączeniu ze zmęczeniem może namieszać.
Pogoda od wczoraj wręcz się pogorszyła. Deszczowy początek dnia nie rokował dobrze. Podczas wyjazdu z Melbourne było ciemno, deszczowo, bardzo jesiennie. Śniadanie zjedliśmy w okolicy Bells Beach, nastroje nie były zbyt optymistycznie, bo plaży w deszczu nikomu nawet nie chciało oglądać. Jednak w miarę jazdy na zachód pogoda się poprawiała:


Udało się też zobaczyć ospałe misie Koala i kolorowe papugi. Poza mną w busie jechała para z HongKongu, ktoś z Francji i Kanady. Po drodze zjedliśmy obiad w Apollo Bay (rewelacyjny). Roślinność także okazała się bardziej zielona niż w mieście. Szczególnie w obszarze Parku Narodowego Great Otway, gdzie zdążyliśmy przejść krótki szlak Maits Rest:

Gdy dotarliśmy do formacji 12 apostołów pogoda była już wyśmienita. Idealna do zdjęć:

Jest możliwość przelotu śmigłowcem nad klifami, ale obecnie latają one bardzo wysoko co psuje efekt. Niskie loty są już zakazane. Dalsza podróż wybrzeżem to kolejne widoki formacji skalnych, w tym Loch Ard Gorge:

oraz London Bridge:

Znowu zaczeła psuć się pogoda, ale w planie tylko kolacja w Port Campbell, skąd wróciliśmy do Melbourne. Wieczorem połaziłem jeszcze po mieście, zamówiłem przez telefon transport na lotnisko na jutrzejszy poranek i poszedłem spać.
Staram się unikać zorganizowanych wypadów, ale tego akurat nie żałuję, a Tour With A Difference zdecydowanie polecam.

Posted: 07-09-2009 by Robert Sadłowski

Red Centre

Alice Springs

Kolejna wczesna pobudka i przejazd na lotnisko. Loty Tiger Airways to najtańsza możliwość dotarcia do Alice Springs (po za drogą lądową własnym samochodem). A Alice Springs to najtańsze lotnisko w okolicach Uluru (okolice = więcej niż 1000km). Tiger z Melbourne (lata do Alice też z Adelajdy) operuje z własnego terminala, który rozmiarami i jakością obsługi nieco przebija dawną Etiudę w Warszawie (choć lotów jest chyba mniej, więc ścisku nie ma). Zaskoczyło mnie to, że ważą każdą sztukę bagażu podręcznego, ale mają przy tym tolerancję przynajmniej 10%, więc problemów nie miałem. Miejsca są numerowane, ale za wybór miejsca zarówno ten wcześniejszy, jak i przy samej odprawie (nie ma odprawy online!) trzeba zapłacić 10dolców, w przeciwnym razie dostaje się miejsce losowe. Mi przy locie z Melbourne do Alice trafiło się okno.
Podczas podejścia widzę lotnisko i miasto (zdjęcie poniżej). Alice Springs znajduje się za pasmem górskim w tle, a dojazd do niego przez ten widoczny w połowie zdjęcia przesmyk. Lotnisko na pierwszym planie:

W Alice Spring także wybrałem możliwie najtańszy nocleg w hotelu The Desert Rose Inn. W pokoju miałem prysznic, małą kuchenkę, telewizor, a nawet zapas kawy i herbaty. Zdecydowanie polecam. Po rozpakowaniu się ruszyłem na miasto. Główny deptak wygląda tak:

Widzę piknikujących na trawniku Aborygenów, z czasem zauważam, że jest ich tu sporo:

Przez miasto przepływa rzeka Todd River. Nie jest to jednak zwykła rzeka, bowiem przez większą część czasu ... nie istnieje. Pojawia się tylko podczas obfitych opadów deszczu które zdarzają się tylko kilka razy do roku. Jednak podczas tych opadów wody zbiera się tyle, że specjalnie na te dni nad rzeką rozpostarte są mosty. Obszar rzeki to także miejsca piknikowe Aborygenów (jak widać):

Wieczór spędzam oglądając zachód słońca na wzgórzu Anzac Hill z widokiem na miasto:

i idę na kolejne drogie piwo do Bojangles Saloon & Restaurant, knajpa ma ciekawy wystrój:

Następny dzień rozpoczynam bardzo wcześnie, przed 5:00 rano. Odbiera mnie z hotelu autobus i udaje się na wykupiony wcześniej wypad w okolice Uluru (dawnej Ayers Rock). Po raz kolejny zmuszony byłem wykupić gotowy pakiet, tak było po prostu najszybciej i najtaniej. Tym razem skorzystałem z Emu Run Tours i też jestem zadowolony. Początkowo jedziemy w ciemności, jednak powoli odsłaniają się krajobrazy czerwonego środka kontynentu:

Powietrze jest tak przejrzyste, że linia horyzontu jest ostra jak brzytwa, a drogi nie grzeszą ilością zakrętów (to w tle to jeszcze nie Uluru):

Jedyne skrzyżowanie podczas naszego ponad 450km przejazdu (w jedną stronę) to miasteczko Erldunda. Ma nazwę choć znajduje się tam mniej niż 10 domów, a najważniejszym jest stacja benzynowa. Ruch na ulicach niemal nie istnieje, największe szanse na spotkanie kogoś są właśnie na węzłach drogowych. Dominują tam takie pojazdy:

Siedzę obok młodego francuza, który przyleciał do Australii uczyć się angielskiego. Przyleciał nie mówiąc po angielsku ani słowa i jest tutaj już od 4 miesięcy, nie wie kiedy wróci. Pozazdrościć.
Podróż szybko upłynęła na rozmowach. Po odwiedzeniu Uluru Cultural Centre, gdzie poinstruowano nas w jak ważnym miejscu dla Aborygenów się znajdujemy, pojechaliśmy do Kata Tjuta. To mnie znana formacja skalna, jednak bezpośrednio związana geologicznie z Uluru:


Obecnie trwa w Australii publiczna dyskusja na temat ochrony dziedzictwa rdzennej ludności Australii, która prędzej czy później skończy się zakazem możliwości wejścia na szczyt Uluru. Uznałem, że jeśli tylko szlak nie będzie zamknięty to wejdę, to przecież tylko 300m. Początek szlaku robi wrażenie, to wyślizgana płaska skała. Wejście jest niebezpieczne i większość osób nie dochodzi nawet do połowy tego podejścia (w tle widać Kata Tjuta):

Wydaje mi się, że wspinaczkę rozpoczynało ze mną przynajmniej 30-40osób, a do szczytu dotarło może 5. Pomimo, że wrzesień to najchłodniejsza pora w tym regionie, skała mocno nagrzewa się w słońcu i 1,5 litra wody może nie zapobiec odwodnieniu. Po zejściu nie zdążyłem już obejść Uluru dookoła, ale każdy kolejny zakątek to inne ciekawe formacje przestrzenne podkreślone cieniami zachodzącego już słońca:

Oczywiście szampan i kolacja z widokiem na czerwoną podczas zachodu słońca skałę to ostatni obowiązkowy punkt programu. Dominują tutaj ludzie starsi, dla młodszych wizyta tutaj jest za droga i chyba za nudna:

Jestem nieco odwodniony, a jedyny napój w nadmiarze to szampan. Podróż powrotną kojarzę więc niemal wyłącznie z potwornym bólem głowy. Do hotelu docieram po północy. Czuję się źle.
O dziwo następnego dnia budzę się bardzo wypoczęty. Rwie mnie do zwiedzania i żałuję, że pierwszego dnia pobytu zobaczyłem tak niewiele. Wcześniej weryfikowałem rozkład jazdy Ghana i wiedziałem, że dziś przyjeżdża na dworzec w Alice. To pociąg kolei transkontynentalnej, która łączy Darwin na północy Australii z Adelajdą na południu. Linia ma niecałe 3000km długości, a Alice Springs to jedyna stacja, mniej więcej w połowie drogi. Trasa biegnie przez jedne z najbardziej suchych i bezludnych obszarów na ziemi, pewnie dlatego budowa linii trwała aż 126 lat!

Robię sobie jeszcze spacer po mieście. Podziwiam twórczość Aborygenów na drzewach, a w tle najstarszy szpital interioru:

Wracam do hotelu, gdzie czekam na umówiony transport na lotnisko. No właśnie, czekam, czekam i nic. Do odlotu zostało mniej niż 40minut, proszę w hotelu o telefon do firmy zajmującej się obsługą komunikacyjna lotniska i okazuje się, że ktoś źle zapisał nazwę mojego hotelu. Robi się gorąco, bo wiem jak ciężko wydostać się z Alice. Na szczęście właściciel hotelu zlitował się podrzucił mnie własnym samochodem. Po drodze rozmawiam z nim o mojej podróży. Jest zszokowany, że za bilet z Europy do Sydney zapłaciłem tylko 215funtów, bo on nigdy nie zapłacił mniej za bilet do najbliższego Darwin. Zdążyłem na samolot.
Ciekawe jest samo lotnisko w Alice Springs, nie jest duże, lotów nie ma tam wiele i absolutnie dominuje tam Qantas. Na tym lotnisku (oraz na terminalach lokalnych innych lotnisk w Australii które widziałem) przyloty i odloty są połączone, pasażerów przylatujących wpuszcza się bezpośrednio do strefy tranzytowej. W Alice Springs, chyba nie przewidziano w ogóle lotów międzynarodowych, byłby problem z unikaniem mieszania pasażerów. Ciekawostką jest, że strefa tranzytowa ma tutaj ogródek i to całkiem spory. Wychodzi się na zewnątrz na taras i dalej na trawę pod drzewami - przestrzeń ta od płyty lotniska odgrodzona jest podwójnym płotem i krzakami.
Boarding możliwy jest tylko na piechotę, nawet z najdalszych części płyty. Cały lot śpię.

Posted: 11-09-2009 by Robert Sadłowski

przez Melbourne do Sydney

Sydney

Po dolocie do Meblourne zgłaszam się już do znanego mi hostelu z kojcami zamiast pokoi i korzystając z lepszej pogody udaje się na miasto.
Zachód słońca postanowiłem obejrzeć z widokowego piętra na Eureka Tower (w oddali po prawej stronie widać Alberts Park, gdzię odbywają się wyścigi GP Australii F1):

Flinders Street oraz dworzec:

Nowe poportowe dzielnice miasta:

Następnego dnia kolejna wczesna pobudka i dojazd na lotnisko. Tam podczas oczekiwania na lot trafił mi się kolejny przykład sztuki aborygańskiej: egzemplarz 747 Qantasa w malowaniu zwanym Wunala Dreaming

Lecę do Sydney z Virgin Blue. Co dziwne niemal wszyscy pasażerowie byli odprawieni online na ponad dobę przed lotem. Cena niższa, niż najtańsze taryfy Qantasa na tej trasie, ale w Virgin w cenie nie ma nic, w Qantasie był spory posiłek.
W Sydney wita mnie piękna pogoda. Szybko wykupuję karnet na komunikację miejską, zgłaszam się w swoim hotelu (pokój był obskurny):

I ruszam na miasto. Idę wzdłuż George Street, po prawej widoczny ratusz miejski (Town Hall):

Dochodzę do Circular Quay. Stąd widzę już i operę i most portowy. Wejście na szczyt przesła mostu jest bardzo drogie, zadowalam się wejściem na filar. Popołudnie i wieczór postanawiam spędzić w nadmorskim Manly. Prom do Manly pływa rzadziej i jest większy, trasa jest dość długa, ale przez to znana i malownicza. Przeprawy promami dają zupełnie nowe spojrzenie na miasto:

Tak wygląda plaża Manly:

Uwagę zwraca modernistyczny, ciekawy architektonicznie dom:

Posted: 15-09-2009 by Robert Sadłowski

Góry Błękitne

Sydney

Żeby nie było nudno znowu wczesna pobudka. Ubieram się, zgarniam spakowany już plecak i biednę na dworzec kolejowy. Tu niespodzianka. Okazuje się, że jest sobota, a ja sprawdziłem rozkład jazdy pociągów na dzień pracujący. Niepotrzebnie wstałem tak wcześnie, bo do pociągu mam godzinę. Wkurzyłem się, ale tylko przez chwilę. Uznałem, że powinienem zdążyć dojechać metrem do Circular Quay, obejrzeć okolicę o wschodzie słońca i wrócić w porę na pociąg. Warto było, nabrzeże było niemal całkowicie puste, a na pociąg zdążyłem:

Góry błękitne położone sa bardzo blisko Sydney. To nieco ponad 1,5h jazdy pociągiem. Obszar gór wzdłuż linii kolejowej ma niemal charakter uzdrowiskowego kurortu. Panuje tam chłodniejszy klimat, a zimą (czyli w lipcu) podobno czasem pada śnieg. Góry Błękitne to góry nietypowe. Góry w których ciągi komunikacyjne biegną grzbietami, a bardziej dzikie i niedostępne są głębokie doliny otoczone stromymi klifami. Być może dlatego góry te przez ponad 40 lat od lądowania kapitana Jamesa Cook w 1770 pozostawały nieprzebyte. Pomimo iż góry łatwo pokonać grzbietami to nie wiedząc tym każda kolejna ekspedycja próbowała przejść góry dolinami co kończyło się niepowodzeniem.
Wysiadłem w miejscowości Katoomba, jest cicho, spokojnie i bogato. Wziąłem mapkę z punktu informacji turystycznej i idę w stronę klifu, gdzie zaczynają się szlaki. Odwiedzam po drodze Scenic World miejsce w którym kolejką linową z wagonikiem z przeszkloną podłoga można przejechać nad kanionem lub inną kolejką zjechać na dno doliny. Widzę pierwszą panoramę gór (żółty wagonik widać po prawej):

Idę dalej, droga kończy się punktem widokowym, wielkim placem z sklepikami z pamiątkami. Przez chwilę powiedziałem w myślach sam do siebie: to wszystko? Może czas wracać do Sydney? Ale skoro już tu jestem uznałem, że warto zejść szlakiem na dół, wybrałem najbardziej znany The Giant Stairway. Szlak prowadzi do Trzech Sióstr, najbardziej znanej formacji skalnej w okolicy.
Oczywiście Trzech Sióstr są doskonale widoczne z punktu widokowego (po lewej).

Schodzę. Wrażenia jak w Słowackim Raju tyle że wyżej, ale adrenalina mniejsza niż na Orlej Perci. Ludzie jednak rozemocjonowani i jest już fajniej. Poniżej Trzech Sióstr praktycznie nie ma turystów, a szkoda, bo szlak robi się coraz ciekawszy. Roślinność staje się coraz bardziej bujna. Korony drzew sięgają naprawdę wysoko i są tak gęste, że gdy dochodzę na dół panuje tam tajemniczy półmrok (z wrażenia prawie łamię sobie nogę na trzecim od końca metalowym stopniu szlaku). Cieszę się, że tu przyjechałem i szkoda mi większości turystów dla których wizyta w Górach Błękitnych kończy się na placu z punktem widokowym jakieś 300 metrów wyżej. Idę szlakiem gdzieś w kierunku wschodnim i po może 2 kilometrach postanawiam, iż wejdę innym szlakiem na górę odwiedzając po drodze kilka wodospadów:

Wchodze na górę już w miejscowości Leura. Ulice i domy są tam jeszcze bardziej zadbane niż w Katoombie. To miasto - ogród. Nastrój jest sielankowy, ale czuję iż to zdecydowanie elitarna okolica i byle kto nie ma szans by tu mieszkać:

Powoli zmęczony i zadowolony idę na stację kolejową. Chyba na jakiś czas zasypiam na peronie, w pociągu już z całą pewnością śpię.
Wieczorem robię sobie jeszcze krótką wycieczkę po mieście:

Program mam tak napięty, że jem obiad dopiero jak zrobi się ciemno (fastfoody tylko z bonami zniżkowymi), a zakupy spożywcze na kolejny dzień robię dopiero późnym wieczorem. Szkoda mi czasu za dnia na bieganie po sklepach. To nie Azja, jedzenie tutaj nie jest częścią podróży, raczej tylko niezbędnym obowiązkiem.

Posted: 15-09-2009 by Robert Sadłowski

Sydney

Sydney

Mogę wreszcie zabrać się za spokojne zwiedzanie Sydney. W bezpośrednim sąsiedztwie ścisłego centrum znajdują się ogrody botaniczne (Royal Botanic Gardens). Świetne miejsce na odpoczynek, warto dodać, że ogrody powstały 200lat temu, co prawda w innej formie, ale są starsze, niż miasto dookoła nich:

Uważny obserwator dostrzeże na drzewach wiszące nietoperze. Jest ich tutaj naprawdę sporo. To bardzo duże latające lisy zwane też kalongami:

Wcześniej wyczytałem w lokalnej gazecie o zbliżającym się Festiwalu Wiatru, którego termin akurat zbiegał się w czasie z moim pobytem. Festiwal odbywa się corocznie w znanej dzielnicy Bondi, jego główną atrakcją są latawce. Jak na wczesną wiosnę w Sydney pogoda dopisuje, jest bardzo ciepło prawie 30C, festiwal przyciągnął więc na plażę bardzo dużo osób:

Plaża Bondi to bardzo popularne i znane miejsce, choć ostatnie lata popularnością dorównuje jej bardziej odległa od centrum Manly. Tutejsze plaże to spore fale i raj dla surferów:

Z plaży Bondi idę na północ bardzo malowniczą trasą spacerową przez klify poprzecinane malowniczymi niewielkimi plażami. Po drodze mijam słynny basen Bondi Icebergs Club, klubu pływackiego powstałego w 1929roku:

Ta część Sydney jest bardzo przyjemna, ścieżka jest pełna spacerujących rodzin oraz ludzi uprawiających joging. Mam wrażenie, że mieszkańcy Sydney żyją stosunkowo zdrowo, widzę, że dużo ludzi uprawia tutaj sport. Pomimo, iż jedzenie to także fastfoody, a dobre i zdrowe jedzenie jest drogie, nie widzę tutaj ludzi otyłych. Sydney zachwyca, choć by tutaj czuć się dobrze trzeba raczej zarabiać sporo. Zdecydowanie chciałbym kiedyś jeszcze do tego miejsca wrócić:

Po południu wracam do centrum, zwiedzam miasto po południowej stronie zatoki i robię sobie spacer po moście portowym:

Wcześniej w okolicach ogrodów botanicznych wyłapałem miejsca w których uznałem, że da się tam zrobić fajne zdjęcia podczas zachodu słońca. Jest tam fajny cypel, nazywany Mrs Macquaries Point (na część żony dawnego gubernatora, która podobno lubiła to miejsce), z którego dobrze widać i most, i operę, i wieżowce centrum. Na przęśle mostu udało mi się nawet uchwycić wspinających się tam ludzi:

Sydney skyline na tle ciemnego nieba (widok z tego samego miejsca):

Posted: 17-09-2009 by Robert Sadłowski

Do zobaczenia Sydney...

Londyn

Szkoda mi wyjeżdżać. Sydney to bardzo przyjazne miasto. Dominuje tutaj niska spokojna zabudowa, jest bardzo dużo obszarów zielonych, do tego dochodzi urozmaicona i niesamowicie długa linia brzegowa. Pomimo tego, iż miasto jest bardzo rozległe komunikacja publiczna sprawdza się wyśmienicie. Sieć metra nie jest gęsta, ale wydajna i raczej dobrze zaprojektowana. Wagony metra sa piętrowe i linie poza centrum poruszając się już po powierzchni stają się koleją aglomeracyjną obsługując wiele sąsiednich miejscowości. Autobusy jeżdżą nieco kapryśnie, ale ich sieć także jest przemyślana i oparta o dobrze zaprojektowane węzły przesiadkowe (jak np. Bondi Junction).
Komunikacja miejska to także bogata siatka połączeń promowych. Wszystkie promy pływają do/z Circular Quay, gdzie łatwo o przesiadkę na autobus lub metro (stacja na słupach). Pomimo tego, iż Circular Quay to jednocześnie główny węzeł przesiadkowy i główna atrakcja turystyczna miasta to jest to miejsce przyjazne. Tak powinno się projektować węzły komunikacji miejskiej.
Rano odwiedzam jeszcze mało ciekawy Darling Harbour, targ rybny i urokliwą choć zaniedbaną dzielnicę Glebe:

Na lotnisko wybrałem się z dużym zapasem czasu, by kupic jakiekolwiek pamiątki (z założenia wcześniej nieczęsto je kupuje, by potem niepotrzebnie ich nie nosic). Sydney ma bardzo wygodny dojazd na lotnisko metrem, oddzielna stacja obsługuje terminale lokalne T2 i T3, oddzielna stacja obsługuje terminal międzynarodowy T1. Co prawda odprawiłem się dzień wcześniej online, licząc, że uda mi się upolowac lepsze miejsca (tak jak udało się koledze Sinusowi 2 miesiące wcześniej), ale nic z tego, dodatkowo nie udało mi się wydrukowac kart pokładowych, bo w kafejce nie mieli drukarki, zmuszony więc byłem by iśc do stanowisk check-in na lotnisku. Tam spotkała mnie przyjemna niespodzianka, młoda azjatka widząc mój paszport ucieszyła się i powiedziała, że była w Polsce na wakacjach i dobrze zna Kraków i Zakopane. Fajnie im się żyje w tej Australii skoro mają takie wakacje. Security i kontrola paszportowa przebiegły bardzo sprawnie, zero kolejek. W strefie tranzytowej zdziwił mnie darmowy interner - gdyż we wszystkich innich terminalach, innych lotnisk (nawet lokalne w SYD) siec była raczej droga, nawet po 0,3dolara za minutę. Na pożegnanie A340 Etihad z malowaniem F1 oraz panoramą Sydney w tle:

Kila dni po moim wylocie Sydney pokryło się czerwonym pyłem piachu naniesionego z interioru. Powietrze było czerwone, słońce niemal niewidoczne, przez pewien czas wstrzymany był ruch lotniczy. Mało brakowało, a zostałbym tam dłużej - specjalnie bym się tym nie zmartwił :)

Posted: 18-09-2009 by Robert Sadłowski