KAMBODŻA TAJL.

MAPA

W drodze do Singapuru

Kuala Lumpur

To mój pierwszy całkowicie samodzielnie organizowany wyjazd. Zdecydowałem się dopłacić do biletu by mieć wylot z Poznania, co pozwala zabrać mi tylko letnie ubrania (na 3,5tygodnia) i zmieścić się w bagażu podręcznym.
Wszystkie miejsca w małym turbośmigłowym samolocie do Frankfurtu są zajęte. Połowa pasażerów to włoska drużyna siatkarska. Frankfurt to nie jest dobre miejsce na długie przesiadki, z ulgą więc wsiadam wreszcie do samolotu. To mój pierwszy przelot jumbo jetem, który w Lufthansie oznacza raczej spartańskie warunki. Szybko zasypiam, na chwilę budzi mnie piękny wschód słońca nad zaśnieżonymi szczytami Pakistanu.
Lotnisko Changi w Singapurze jest dobrą wizytówką miasta dzięki swoim przyjaznym i zielonym wnętrzom. Pomimo, że odprawa i dojazd do wcześniej zarezerwowanego hotelu w dzielnicy Little India nie zajmuje mi więcej niż 1,5h, nie udaje się już dotrzeć do centrum przed zachodem słońca.
Zmiana czasu na szczęście nie dała się w znaki, następnego dnia odwiedzam Sentosa Island później znowu architektura centrum, jakiś park i obiad w centrum handlowym. Chyba najpopularniejszym sposobem spędzania wolnego czasu przez mieszkańców Singapuru są zakupy. Na czystych do przesady ulicach oprócz równie czystych samochodów ludzi prawie nie ma. Wszyscy kryją się w klimatyzowanych centrach handlowych i przemieszczają siecią podziemnych przejść między nimi.

Z powodu problemów z obsługą nowego budzika, następnego dnia śpię dłużej niż planowałem. Niemal biegiem docieram na pobliski dworzec autobusowy. Piękne poranne słońce i (jeszcze) stosunkowo chłodne powietrze raczej zachęcą do robienia zdjęć i zwiedzania, jednak zgodnie z planem kupuję bilet na najbliższy autobus do Kuala Lumpur (25SD). Przejazd jest dość monotonny, przez większą część drogi jedzie się autostradą przez sady palm kokosowych. Około 13:00 docieram do dworca Puduraya w Kuala Lumpur, pół godziny szukamy przyzwoitego hostelu - wybieram Backpackers Inn za 30RM. Po rozpakowaniu się ruszam szybko w kierunku widocznych już daleka Petronas Towers:

Kuala Lumpur w jakości i gęstości zabudowy nie ustępuje Singapurowi, samo centrum z Golden Triangle jest czyste i nowoczesne. Jednak dzielnica indyjska i chińska żyją tutaj innym, swoim życiem.

Następnego dnia po szybkim śniadaniu jedę autobusem do jaskiń Batu. To hinduskiego miejsca kultu, do którego zjeżdżają się liczne pielgrzymki zwłaszcza na święto Thaipusam, które wypada za kilka dni. Jednak zdaje się, że jakieś obrzędy są tutaj częściej, bo małpy rozprawiają się z całkiem świeżymi dekoracjami z kwiatów.

Popołudnie spędziłem spacerując po ogrodach w zachodniej części miasta. Wieczorem chciałem w lokalnej kafejce internetowej zgrać zdjęcia z niemal pełnych kart od aparatu, jednak hindus chcąc to zrobić za mnie popsuł mi jedną z kart. Wkurzyłem się, bo być może część dotychczasowych zdjęć przepadła, a już na pewno mam o jedną kartę mniej na pozostałe 3tygodnie podróży (po powrocie do domu udało mi się na szczęście odzyskać większość zdjęć z uszkodzonej karty).

Posted: 18.01.2005 by Robert Sadłowski

Chiang Mai

Chiang Mai

Kolejna próba budzenia nowym budzikiem zakończyła się fiaskiem. Nie obudził mnie nawet hałas z ulicy za oknem. Po szybkim pakowaniu udaję się w poszukiwania przystanku autobusu jadącego na lotnisko (według wskazówek hindusa z recepcji). Bowiem tego dnia lecę do Bangkoku lokalnymi tanimi liniami Air Asia. Do znajdującego się 80km od miasta lotniska da się dojechać w 30minut także szybka koleją, ale kosztuje to aż 10usd, a autobus tylko 10RM. Przystanek mojego autobusu odnalazłem szybko, ale z rozkładu wynika, że jedzie on prawie 2h i albo za chwilę będzie, albo właśnie uciekł. Zaczynam się obawiać, czy zdążę na samolot. Na szczęście autobus za chwilę podjeżdża.
Samo lotnisko jest niezwykle ciekawe architektonicznie, jednak puste przestrzenie sprawiają wrażenie, że jego potencjał nie jest nawet w połowie wykorzystany.


Linie Air Asia dopiero się rozkręcają, miałem pewne obawy w związku z tym przelotem, ale dotarłem na miejsce prawie o czasie.
W Bangkoku z lotniska przejeżdżam koleją do głównego dworca kolejowego. Zwiedzanie Bangkoku pozostawiłem na sam koniec, kupuję więc bilet na nocny pociąg do Chiang Mai, największej miejscowości w północnej, górskiej części Tajlandii. Czas pozostały do odjazdu przeznaczam na jedzenie, wreszcie udaje mi się dobrze najeść. Tajska kolej oferuje wyższy poziom usług od naszego rodzimego PKP. Na perony można wejść tylko z biletem (dzięki temu są czyste), każdy wagon ma swój personel, który podczas przejazdu kilkakrotnie go sprząta i przygotowuje miejsca do spania.
Około 10:00 rano dojeżdżam na miejsce, wybór tanich hosteli jest tak duży, że szukanie najfajniejszego zajmuje mi ponad godzinę. Po rozpakowaniu udaję się na miasto, ulice wyglądają mniej więcej tak:

Po obfitym posiłku (zaczynam odkrywać, że jedzenie jest tutaj tanie i wyśmienite) przez kilka godzin porównywałem oferty 2-dniowych trekingów po okolicy, wybieram agencje PandaTour. Popołudnie planowałem spędzić w świątyni Doi Suthep na szczycie wzgórza nad miastem, ledwo udało się tam dotrzeć przed zachodem słońca:

Niemal w biegu jem śniadanie. Z samego rana przyjeżdża po mnie samochód z PandaTour, a chwilę później poznaję pozostałych członków ekipy na najbliższe 2 dni (młodzież z Australii, 2 Holendrów i chłopak z Kanady). Większość bagażu zostawiam w hostelu. Po drodze odwiedzamy górska wioskę:

Później jakiś wodospad, a pod wieczór dochodzimy do miejsca w którym będziemy nocować. Jedzenia mamy pod dostatkiem, w pobliżu znajduję się rwący strumień (do kąpieli). Cały wieczór spędzamy przy ognisku. Okazuje się, że dwie Australijki z naszej grupy, mają babcie Polkę, która robi im pączkis. Śpimy wszyscy razem w jednej chacie, jeśli można ją tak nazwać, bo od strony strumienia nie ma w ogóle ściany. W nocy pomimo grubych koców czuło się chłód, ale to nic, kolejny dzień to już od rana same atrakcje. Po kilku kilometrach spaceru, docieramy do ośrodka dla słoni. W planie jest spacer na słoniach:

Jest to pewna przeżycie, choć nie ze względu na rozmiar zwierzęcia, ale bardziej z powodu wysokości z której można spaść. Mój słoń nie jest zbyt posłuszny i naprawdę musiałem się mocno trzymać.
Resztę trasy pokonujemy wodą, najpierw w pontonach po bardziej wzburzonym odcinku rzeki. Rafting z prawdziwego zdarzenia, całe ubrania mokre, ale strachu i tak mniej, niż na słoniach. A później na bambusowych tratwach, na odcinku na którym woda jest spokojniejsza. Pozornie miał to być czysty relaks, jednak z powodu niezdyscyplinowania załogi (Holenderskiej) nasza tratwa rozpadła się po tym jak wpadła na mieliznę. Całą wycieczkę kończy obfity posiłek. Ogólnie okolica jest malownicza i przyjazna:


Bardzo ciągnie mnie Laos i uznałem, że jeśli uda mi się kupić w rozsądnej cenie bilet na samolot do Luang Prabang i później do Siem Reap w Kambodży to jakoś przełknę to finansowo. Niestety jedyne linie operujące na drugiej trasie zawiesiły loty na tej trasie i jestem skazany na przejazd do Kambodży znowu przez Bangkok. Rankiem kupiłem więc powrotny bilet na nocny pociąg i ruszyłem zwiedzać miasto:

Chciang Mai to także zabytkowe świątynie. Poniżej Wat Phra Singh:

Posted: 22.01.2005 by Robert Sadłowski

Siem Reap - Angkor

Siem Reap

Około 7:00 rano byłem na znajomym już dworcu w Bangkoku. Musiałem szybko dostać się do północnego dworca autobusowego Mochit. Miałem pewne obawy przed taksówkami, wybrałem więc bezpieczniejszego tuktuka. Na dworcu kupiłem bilet na najbliższy publiczny autobus do Aranjapratet (200BHT) i zdążyłem jeszcze spokojnie zjeść śniadanie. Oczywiście da się dojechać do samego SiemReap na jednym bilecie kupionym w jednej z agencji turystycznych na KhaoSan, jednak przejazdy te cieszą się złą sławą: autobusy się psują, przesiadka na przejściu granicznym trwa czasem koszmarnie długo i normą są długie postoje w zaprzyjaźnionych restauracjach w efekcie zwykle dociera się na miejsce po zmroku. Postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście da się dojechać tam na własną rękę szybciej, wygodniej i w podobnej cenie. Dojazd go granicznego Aranjapratet bez problemu, z dworca autobusowego do przejścia granicznego jest bardzo blisko, zupełnie niepotrzebnie wziąłem tuk-tuka. Bez problemu dostaję na granicy wizę i już po Kambodżańskiej stronie w PoiPet zabieram się za szukanie taksówki. Ten sam zamiar ma jakaś kanadyjska dziennikarka, więc łącząc siły udało się obniżyć cenę przejazdu (razem 1000BHT). Bardzo szybko kończy się utwardzona droga, za oknem mnóstwo czerwonego pyłu:

Wyraźnie widać, że Kambodża jest znacznie biedniejsza od Tajlandii. Domostwa są bardzo prymitywne. Jednak im bliżej Siem Reap tym lepiej. Pojawi się nawet asfalt na drodze. Pomimo, że w trakcie podróży popsuła się klimatyzacja i kierowca próbował ją naprawić, bez problemu udało się dotrzeć na miejsce przed zachodem słońca.
Wreszcie trochę odpoczynku. Ładny, czysty duży pokój kosztuje tu 4usd, na dole restauracja z dobrym i tanim jedzeniem, wszystkie te atrakcje powodują, że na prawdziwe zwiedzanie wychodzę dopiero w południe. Największą atrakcją tutaj jest kompleks świątyń w większości z XII-XIIIw dookoła ruin miasta Khmerów. Obszar do zwiedzania jest tak duży, że można go ogarnąć tylko wynajmując tuk-tuka (do bliższych obiektów da się dojechać rowerem). Standardem są 2 okrężne trasy na 1 dzień każda. Pierwsza obejmuje świątynie w najbliższej okolicy, druga najciekawsze z tych najbardziej odległych. Negocjacje z kierowcą tuk-tuka trwają chwilę, trzeba jeszcze wyrobić bilet wstępu (ze zdjęciem) i w drogę na spotkanie z Angkorem. Tuk-tuk tutaj wygląda nieco inaczej, niż w Tajlandii. Jest bardziej przyczepką do motoru:

Pierwszą odwiedzam największą, najsłynniejszą i najbardziej znaną świątynie Angkor Wat. Na razie szybko, bo wrócę tu wieczorem. Jej rozmiar robi wrażenie, budowla jest ogromna, a przy tym otoczona murami zewnętrznymi i fosą. Ściany świątyni zdobią liczne reliefy, najsłynniejszy z nich ma długość aż 900m:

Jadąc dalej na północ docieram do bram miasta Angkor Thum, ostatniej stolicy Khmerów. Ówcześni urbaniści zaplanowali miasto na planie kwadratu otoczonego fosą. W samym centrum znajduje się świątynia Bayon. Jej architektura znacząco różni się od klasycznych form Angkor Wat, jest bardziej barokowa, a jej cechą charakterystyczną są wieże ozdobione twarzami buddy. Podobno jest ich 216:

Za wschodnia bramą Angkor Thum odwiedzam kilka mniejszych świątyń i docieram do Ta Prohm. Świątynia zachowała się w dobrym stanie i zaniechano w jej przypadku z intensywnych prac konserwatorskich. Dzięki temu nadal porasta ją dżungla, czasem wręcz wrasta w jej kamienie. To właśnie tutaj kręcono w 2001r sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider:

Wierzcie lub nie, ale na pierwszym planie tego zdjęcia w niebieskiej koszuli, w spokoju bez rozgłosu świątynie zwiedza aktor Jeremi Irons:

Przy każdej świątyni jest mały parking dla tuk-tuków, przy większych są nie rzucające się w oczy zadbane toalety. Miejscowa ludność dba o zaopatrzenie w napoje i pamiątki, i nie jest przy tym agresywna. Widać, że pieniądze z biletów są dobrze wydawane. Wieczorem docieram ponownie do Angkor Wat, by tutaj obejrzeć zachód słońca. Turystów jest już znacznie więcej:

Uciekając przed tłumem zaczynam odkrywać zakamarki świątyni, które w ciepłym wieczornym świetle są bardzo klimatyczne:


Następny dzień rozpoczynam od spaceru po swojej okolicy Siem Reap. To spore miasto, centrum jest bardzo zadbane, szczególnie w okolicy ogródów królewskich. Główna ulica przechodząca przez miasto przy ogrodach wygląda tak:

Jest tutaj dużo luksusowych hoteli wybudowanych w kolonialnym stylu. Tak wygląda usytuowany przy ogrodach Victoria Angkor Resort and Spa Hotel:

Umówiony kierowca tuk-tuka już czeka, dziś ruszam na trasę do dalszych świątyń, po drodzę spędzam jeszcze nieco czasu w Ta Prohm. Znaną z fotografii, ale mniej znaną z nazwy jest obrośnięta drzewem brama Ta Som leżąca już na sporym odludziu:

Zdecydowanie warto spędzić więcej czasu w sporej świątyni Preah Khan. Jest mocno zarośnięta gdy odejdzie się nieco dalej od parkingu praktycznie nie ma już turystów. Tylko rzeźbione reliefami kamienie i dzika przyroda:

Na zachód słońca udaje się do położonej na sporym wzgórzu świątynii Phnom Bakheng. Turystów jest bardzo dużo, ścieżka na szczyt szeroka i tak wydeptana, że widać ślady po obsuwającej się ziemi w czasie deszczów. Widoki są jednak interesujące, w oddali widać Angkor Wat:


Posted: 25.01.2005 by Robert Sadłowski

Phnom Penh

Sihanoukville

Do stolicy kraju, Phnom Penh da się dojechać autobusem lub dopłynąć szybką łodzią. Wybieram łódź bo podobno jest szybsza. Wstaję wcześniej niż zwykle, bo już około 5:00. Z hoteliku odbiera mnie samochód, który jeszcze zbiera po miasteczku innych pasażerów i dopiero wypełniony po brzegi odjeżdża w stronę przystani. Jedziemy dosyć długo, zabudowania stają się coraz biedniejsze. Sama przystań jest nią jedynie z nazwy. Jezioro Tonle Sap charakteryzuję się dużymi wahaniami poziomu wody. W porze suchej brzeg cofa się o całe kilometry odsłaniając bardzo żyzne i nieprzyjemnie pachnące błoto. Mijane po drodze budynki stoją czasem nawet na dwumetrowych drewnianych palach poprzechylanych na wszystkie strony, a pod nimi piętrzą się śmieci. Wewnątrz widać ludzi budzących się ze snu, załatwiających poranną toaletę i przygotowują śniadania. Woda staje się coraz głębsza. Kierowca każe wysiadać i odjeżdża. Żadnej dużej łodzi nie widzę, ale po przejściu nieco dalej zauważam wyróżniających się z otoczenia białych wsiadających do małych łódek. Wsiadam do jednej z nich i płynę pomiędzy domami na ogromnych tratwach, bez dostępu do stałego lądu. Pomiędzy nimi kursują liczne łodzie, a to z kobietami udającymi się na targ z towarem, a to z dzieciakami:

Starsze dzieci wystrojone w mundurki płyną do szkoły. Dla młodszych jest to forma zabawy:

Widzę wreszcie swoją łódź, prawdopodobnie na wszelki wypadek ona nigdy nie przypływa blisko brzegu. Z daleka pośród drewnianych pływających szopek wygląda jak statek kosmiczny. To jakiś stary rosyjski wodolot. Na dachu lokalna ludność sprzedaje jeszcze przysmaki na drogę:

Jezioro Tonle Sap jest tak duże, że po wypłynięciu szybko widok ląd znika z horyzontu
Podróż upływa szybko, prędkość jest tak duża, że z trudem da się przetrwać nawet kilkanaście minut na odsłoniętym dachu, a wewnątrz niewiele widać - można odespać wczesną pobudkę.
Ciekawiej robi się, gdy wpływamy do rzeki Tonle Sap. Łódź musi już płynąć wolniej, bo fale dosyć intensywnie niszczą brzeg. Ludzie żyją bardzo biednie:

W Phnom Penh dopływamy do Mekongu. Na przystani przywitał nas spory tłum naganiaczy liczących na zarobek. Byli wśród nich reprezentanci znanego mi z nazwy Guest Houseu Nat2, dałem się więc skusić na darmowy transport:

Podobno Phnom Penh było jeszcze w latach 60-tych jednym z piękniejszych miast Azji południowo-wschodniej, jednak reżim Pol Pota zrobił z niego ruinę. Turystyczne atrakcje są jeszcze zadbane, ale zaraz za mną w miejscu gdzie robiłem to zdjęcie mieszkali w szałasach w krzakach bezdomni:

Tak wygląda lepsza ulica (większość nie ma utwardzonej nawierzchni):

Nie bardzo wiem, gdzie zjeść obiad, knajpki dla turystów są tylko w hotelach. Decyduję się na jedną z lokalnych restauracji. Obsługuje mnie chyba cała rodzina, dostaję dwa całkiem dobre dania wyglądające na kuchnię europejską i herbatę (którą ktoś ciągle mi dolewa). Za wszystko płacę 1 dolara. Kambodża niby ma swoją walutę, ale używa się jej tylko przy kwotach poniżej 1 dolara amerykańskiego zamiast centów. Na ulicach widzę głównie tych białych, których rano widziałem na łodzi z Siem Reap. Popołudniu udaje się na jedno z miejskich targowisk. Jest bardzo klimatycznie:

Na zwiedzanie Phnom Penh pół dnia w zupełności wystarcza, wiec kolejnego poranka szybko udaje się na dworzec autobusowy, by jak najszybciej wydostać się z tego miasta. Widzę ponownie osoby z którymi płynąłem łodzią dzień wcześniej, zapewne są na dworcu z tego samego powodu co ja. Niestety nie udaje mi się kupić biletu na autobus do Sihanoukville. Pomimo że dzień wcześniej pani w kasie mówiła, iż nie ma sensu kupować z wyprzedzeniem, lepiej w ostatniej chwili by mieć pewność, że autobus w ogóle pojedzie. Autobus odjechał i to z zajętymi wszystkimi miejscami stojącymi. Trzeba działać szybko, znajduję parę anglików, którzy chcą dotrzeć w to samo miejsce i wspólnie bierzemy taksówkę. Już w połowie drogi doganiamy autobus, a koszt na osobę wyszedł porównywalny z ceną biletu na autobus, przy nieporównywalnie wyższym standardzie podróży. Docieram do Sihanoukville, lokalnego kurortu plażowego:

Ciekawe są tutaj wycieczki na okoliczne wyspy, ale nie mam na nie czasu i rezerwuję przejazd wzdłuż wybrzeża do miasta Trat już po tajskiej stronie. Cieszę się, że w ogóle ktoś takie przejazdy organizuje, bo według starych przewodników nie da się tamtędy przejechać. Planując wyjazd taką trasą miałem tylko niepotwierdzone wzmianki, że się jednak da.

Posted: 27.01.2005 by Robert Sadłowski

powrót do Tajlandii

Trat

Wstaję wcześnie. Około 7:00 rano wychodzę przed mały Guest House w którym spałem i czekam. Niewielki van przyjechał 15minut po umówionej godzinie i był już całkowicie wypchany, zostało najgorsze miejsce, wszystkie bagaże i tak wylądowały na dachu. W praktyce oznacza to, że wewnątrz nich będzie dużo czerwonego piachu, a całą zawartość będzie trzeba wyprać. Przed wyjazdem kierowca tankuje paliwo na najbliższej stacji benzynowej, która wygląda tak:

To główna ulica miasta Sihanoukville:

Pierwszy odcinek trasy do Koh Kongu odbywa się po głównej trasie do PhnomPenh, więc powtórka z dnia wczorajszego, dopiero gdy kierowca skręcił w kierunku zachodnim zaczęło robić się ciekawie. Choć trasy nie ma na większości starych map, a nawierzchnia przygotowana została zaledwie przed rokiem, to i tak zupełnie nie odpowiada ona standardom do których jesteśmy przyzwyczajeni. Asfaltu oczywiście nie ma, każdy przejeżdżający samochód podnosi za sobą kłęby pyłu unoszące się później przez 10minut. Na szczęście ruch nie jest duży i udaję się czasem nawet otworzyć okno. Po drodze przekraczamy 4 rzeki, oczywiście bez mostów - promami.

Każdy tego typu postój w oczekiwaniu na kolejkę do przeprawy improwizowanym z kilku zwykłych połączonych łodzi promem jest okazją do rozprostowania kości i bliższego obcowania z lokalnym folklorem:

To właśnie przy przeprawach promowych koncentrują się większe skupiska siedlisk ludzkich w tym regionie: domostwa wraz z namiastką stref usługowych z małymi sklepikami oraz khmerską gastronomią. Dopiero tutaj poczułem klimat prawdziwej Kambodży. Ruch nie jest duży, niewielu turystów decyduje się na tą trasę biali są okazją do zarobku dla miejscowej ludności i atrakcją dla znudzonych babraniem się w błocie i śmieciach dzieci.

Podróż trwa praktycznie cały dzień. Do Koh Kongu dojeżdżam późnym popołudniem, przejście graniczne jest malutkie, kolejka do okienek niewielka. Do Tratu jest już blisko, ale zbyt późno by szukać promu na wyspię Koh Chang. Zostaję na noc w mieście na tej ulicy:

Jest spokojniej, bezpieczniej i łatwo o dobre i pewne jedzenie.

Posted: 28.01.2005 by Robert Sadłowski

Ko Chang

Ko Chang

Rankiem pędzę na przystań promową z której odpływają co godzinę promy na wyspę Koh Chang. Nie mam żadnych rezerwacji, wiec poszukiwania noclegu na wyspie rozpoczynam od najbardziej popularnej White Sand Beach. Warunki w relacji do cen są słabe, niewiele myśląc wskakuję na pierwszego pick upa jadącego dalej wzdłuż brzegu wyspy i wypytuję współpasażerów o fajne bungalowy. Poszukiwania nie trwają długo, już pierwsze podejście mnie zadowala i decyduję się zostać w KP Huts w malowniczych drewnianych domkach luźno rozsianych w gaju palmowym. W pobliżu jest przytulna restauracja, a zaraz przy domkach, wąska plaża i błękitne, spokojne morze:

Bojąc się robaków biorę domek bez łazienki. Bungalowy wyglądają tak:

W takich miejscach głównie się leży i odpoczywa oraz je. Bardzo szybko człowiek zaczyna się emocjonować wycieczkami wzdłuż plaży do innych restauracji, a po kilku dniach odkrywaniem nowych pozycji z menu. Wnętrze wyspy jest parkiem narodowym, są tam szlaki, można zobaczyć wodospady. Najważniejsze, że nie ma turystyki masowej, nie ma ogromnych plaż wypełnionych leżakami:

Decyduje się na wykupienie całodniowego wypadu na rafy, by popływać z maską. Wcześnie rano odbiera mnie samochód i zawozi na południowy skraj wyspy, gdzie idąc długim zabudowanym molo wreszcie trafiam na łódź. Jest całkiem spora. Zatrzymujemy się głównie na pełnym morzu, na płytszych obszarach dzięki temu jest mniejsze ryzyko poobcierania nóg o korala, ale ja i tak z ciekawości postanowiłem dotknąć jakieś iglaste żyjątko. To co wydawało mi się, że będzie miękkie okazało się tak twarde, że wbiło mi się w końcówkę palca i to na wylot.
Obszar na południe od Ko Chang to archipelag kilku wysp. Dłuższy postój mieliśmy na jednej z nich, na wyspie Ko Wai:

Zdaje się, że nasza łódź jest dla tego obszaru jednym z niewielu mostów z lądem. Dowozimy zaopatrzenie. Niewielu turystów dociera tutaj na dłużej, da się tutaj mieszkać, atmosfera jest bajkowa: cicha, spokój i dzika przyroda. Rafy i związane z nimi bujne wodne życie dostępne są bezpośrednio na plaży. Wieczorem okazuje się, że słońce spiekło mnie znacznie bardziej niż myślałem.

Posted: 2.02.2005 by Robert Sadłowski

Bangkok

Bangkok

Na podróż do Bangkoku wykupuję cały pakiet z transportem z bungalowów do portu, przeprawę łodzią i autobus do Bangkoku. Podróż upływa przyjemnie. Po drodze widzę obrzydliwe ogromne hotele w turystycznej miejscowości Pattaya i cieszę się, że podróżując omijam takie miejsca.
Do Bangkoku docieram wieczorem. Przejeżdżam sky trainem kilka stacji w stronę centrum, miejska kolejka robi wrażenie, bo momentami jadę pomiędzy budynkami na 4-6 piętrze. Pozostały odcinek drogi do ulicy Khao San pokonuję tuk-tukiem. Wybieram szybko hotel i wreszcie mogę się najeść.
Następnego dnia oglądam okolicę Khao San (po lewej to ja):

Bangkok to spore miasto, ma opinię brudnego i wiecznie zakorkowanego, ale to nieprawda. Owszem są tutaj szerokie ruchliwe ulice, ale głównie na obrzeżach miasta i w nowych dzielnicach biznesowo-handlowych. Bangkok to pełna cywilizacja. Zabudowa jest tutaj zróżnicowana:

Następnie odwiedzam Wielki Pałac Królewski. Pałac ma nieco ponad 200 lat, nie jest więc bardzo stary. Posiada jednak ciekawą architekturę. Choć dla większości turystów główną atrakcją jest Świątynia Szmaragdowego Buddy Wat Phra Kaew, mi podoba się budynek Chakri Mahaprasad Hall zbudowany przez brytyjskiego architekta w stylu włoskiego renesansu jednak z tradycyjnymi dachami tajskimi:

W Pałacu trafiam na otoczoną dziennikarzami ekipę z tenisistką Sereną Williams. Później czytam w prasie, że zrobiła sobie tutaj z matką krótkie wakacje podczas powrotu z wygranego turnieju Australian Open:

Najszybszym i bardzo tanim sposobem komunikacji w mieście są tramwaje rzeczne:

Od tsunami, którego efekty dotknęły także Tajlandię minął zaledwie miesiąc. W Europie media ciągle żyją tematem tutaj nikt o tym nie mówi. Jedynie na zachodnim skraju Khao San umieszczono tablice z listą i zdjęciami osób zaginionych, których los ciągle nie jest znany:

Ostatniego dnia kupuję dodatkową torbę na pomiątki i zaczynam się pakować. Na lotnisko jadę taksówką. Azja południowo-wschodnia to bardzo przyjazne i bezpieczne miejsce. Będzie mi brakowało słońca, ciepłego powietrza i kolorów.

Posted: 5.02.2005 by Robert Sadłowski