KYOTO 2012

Himeji i Nara

Kyoto

Późnym popołudniem podchodzimy do lądowania na lotnisku Kansai. Samolot robi łagodny łuk nad zatoką Osaka, co daje nam z okien dobry widok na aglomerację Osaki - jest ogromna. Czasu mamy niewiele, więc na cel wizyty wybraliśmy tylko ten region w nadziei, że na Tokyo i resztę będzie jeszcze okazja.
Lotnisko Kansai, zbudowane w 1994r nadal uważane jest za duże osiągnięcie inżynieryjne. To zdaje się pierwsze lotnisko powstałe na sztucznej wyspie i to w regionie częstych tajfunów oraz trzęsień ziemi. Sztuczną wyspę z lądem łączy dwukondygnacyjny most o długości 3,7km. Most wraz z usytuowanym na jego końcu, wysokim budynkiem Star Gate Hotel:

Terminal zaprojektowany przez Renzo Piano jest raczej surowy (przeciwieństwo ciepłych wnętrz Changi w Singapurze), ale jego atutem jest funkcjonalność. Od momentu opuszczenia samolotu z gejtu na samym końcu pirsu (ponad 800m od środka terminala) do momentu wejścia do pociągu jadącego do Kyoto mineło zaledwie 30 minut. A w tym czasie poza odprawą paszportową i odbiorem bagażu musielismy jeszcze odebrać zamówione wcześniej bilety na lokalną kolej. Zdumiewająco sprawnie i szybko, bez żadnego błądzenia, bez żadnych problemów z komunikacją po angielsku (przed czym tak przestrzegał nawet przewodnik Lonely Planet!).
Przy okazji polecam bilety Kansai Area Pass, bo – paradoksalnie – jednodniowy karnet na pociągi w całym regionie (odpowiednik naszego województwa), włącznie z ekspresem Haruka z lotniska bezpośrednio do Kioto, kosztuje mniej, niż jednorazowy bilet na ten ekspres.

Podróż trwa nieco ponad 1h. W Kioto wita nas ogromny dworzec, tłumy ludzi, ciemność i wiosenny chłód. Mamy zarezerowany pokój w Ryokanie Ohto stosunkowo blisko dworca, przejście nie zajmuje nam więcej niż 20minut. Ale tam, niestety, bardzo szybko zawalił się nam mit japońskiej solidności...
Otóż okazało się, że nie ma dla nas wolnego pokoju, a już na pewno takiego jaki zarezerwowaliśmy (japanese styleza który trzeba dopłacić). Zaoferowano nam coś w rodzaju dzikiej dobudówki na dachu, wybudowanej jako graciarnia, gdzie w razie czego można upchnąć niespodziewanych gości. By tam dojść, trzeba było przedrzeć się z bagażami wąską klatką schodową na trzecie piętro, a następnie przemknąć nieosłoniętym tarasem na dachu. Nawet droga z pokoju do łazienki wymagała chodzenia po dachu (a przełom marca i kwietnia nie jest w Kioto bynajmniej ciepły). Właścicielka Ryokana nagle przestała rozumieć angielski (choć zdaniem innych gości wcześniej rozumiała go bardzo dobrze) – jednak przez cały czas trwających przynajmniej 2h negocjacji zachowała uśmiech na twarzy i miły, spokojny głos. Stanęło na tym, że za pierwszą noc spania na dachu dostajemy zniżkę, a potem dostajemy swój zarezerwowany pokój w japońskim stylu. Nam to odpowiada.
Oczywiście planując wyjazd celowaliśmy w czas kwitnienia wiśni, który w okolicach Kioto przypada właśnie na przełom marca i kwietnia. W tym czasie Kioto jest oblegane przez turystów (co ciekawe głównie japońskich) i ciężko o tani i dobry nocleg (jest znacznie drożej niż w Tokyo). Nie tylko my mieliśmy problem z realizacją rezerwacji, Ci którzy przybyli po nas nie dostali nawet altanki na dachu. Według najbardziej aktualnych prognoz kwitnienie miało się rozpocząć ostatniego dnia naszego pobytu. Wszędzie można było natknąć się na informacje o sakura-zensen, czyli przesuwającym się froncie kwitnienia wiśni.
Następnego dnia wczesnym rankiem udaliśmy się pociągiem do Himeji. Na ten dzień także mamy zakupiony całodniowy bilet Kansai Area Pass. Przy okazji w świetle dnia oglądamy dworzec w Kyoto.
Kolej to chyba dominująca forma codziennego transportu w Japońskich miastach. Dworce swoją skalą podkreślają rolę kolei, zdecydowanie są to najważniejsze węzły komunikacyjne miast. Architektura dworca w Kyoto jest bardzo toporna, raczej nie ma prawa się podobać, ale funkcjonalnie dworzec działa bez zarzutów. Na niektórych peronach nadal znajdują się stare żeliwne zadaszenia kontrastujące z współczesną architekturą dworca. Na peronach widać wyłącznie rdzennych mieszkańców Japonii (poza Moniką, ale ona specjalnie się tutaj nie wyróżnia):

Pomimo tłumów ludzi dotarliśmy szybko na peron i odjechaliśmy z niego właściwym pociągiem. Na odcinku do Osaki pociąg był pełen, musieliśmy stać. Co dziwne większość pasażerów to kobiety, większość w wieku emerytalnym.
Widoki z okien pociągu po drodze nas przeraziły. Dzień wcześniej gdy jechaliśmy z lotniska było już ciemno i niewiele było już widać. Nie wiem, czy tam istnieje coś takiego, jak planowanie przestrzenne…: duże rozdzielnie elektryczne i stacje benzynowe są sytuowane kilka metrów od okien budynków mieszkalnych. Bardzo popularne są hydrauliczne podnośniki dla samochodów instalowane przed domami, by na małym podjeździe zaparkować dwa samochody. Kwestie estetyczne przesuwają się na drugi plan. Wyraźnie widać, że ziemia jest droga więc przestrzeń trzeba wykorzystać maksymalnie. Zieleni nie ma tam prawie wcale, nawet na placach zabaw dla dzieci jest po prostu ubita ziemia. Tak wygląda typowa ulica w Osace:

Zastanawiamy się po drodze, gdzie te słynne japońskie ogrody? Ba, chociaż drzewa i krzewy albo zwykła trawa.
Po drodze w okolicach Kobe mijamy most Akashi-Kaikyō - najdłuższy podwieszany most na świecie z głównym przęsłem o długości prawie 2km. Most ma przetrwać trzęsienia ziemi w efekcie jest też najdroższym dotychczas zbudowanym mostem na świecie (przetrwał już jedno silne podczas budowy).
Gdy dotarliśmy wreszcie do Himeji okazało się, że zamek jest w generalnym remoncie. Na ten czas obudowano go zamkniętym sarkofagiem, na elewacjach którego powieszono płachty z wizerunkiem zamku. Metoda pewnie efektywna, bo pozwala wewnątrz pracować niezależnie od pogody, ale pod względem konserwatorskim myślę, że coś takiego byłoby w Europie niemożliwe. Park dookoła zamku wczesną wiosną nie jest ciekawy, pąki wiśni były tam nawet mniejsze, niż w Kyoto. Zawiedzeni ruszyliśmy w stronę dworca kolejowego. Początek dnia nie był zbyt optymistyczny, ale w zamian zaczęła się poprawiać pogoda. Mamy jeszcze bardzo dużo czasu więc nie poddając się pojechaliśmy do Nary z dłuższą przesiadką w Osace. Dworzec w Osace jest jeszcze bardziej imponujący niż w Kyoto:

W Narze kierując się głodem trafiliśmy pierwszy raz do lokalnej restauracji. Jedzenie bardzo dobre, nie jest tak drogo, a cenę można znacząco obniżyć zamawiając jedzenie na wynos. Podczas oczekiwania otrzymaliśmy herbatę:

Miasto Nara również nie zachwyca, główna ulica wygląda podobnie jak w Himeji:

Najlepiej skierować się od razu do parku Nara-koen. Nara to pierwsza stolica Japonii, jest tam spory kompleks świątyń Tōdai-ji, którego parkowe okolice są już ciekawie. Park jest ogromny, można tam spacerować wiele godzin, a dookoła ciekawa architektura dawnych epok i sporo dzieł sztuki z czasów, gdy w Polsce Słowianie praktycznie żyli jeszcze w puszczy... Powoli zaczyna nam się podobać.

Turystów jest tutaj bardzo dużo, w przytłaczającej większości to Japończycy. Dookoła turystów spacerują sarny. Dawno temu były uważane za posłańców bogów i dokarmiane przez turystów żyją w tej sielance do dziś.

Największą atrakcją jest świątynia Daibutsuden (Pawilon Wielkiego Buddy):

Dla młodszych napotkani biali (czyli my) to niepowtarzalna okazja rozmowy po angielsku. Spokojni i cisi na chodnikach miast Japończycy tutaj zdaje się uzewnętrzniają się znacznie bardziej. Większość spaceruje całymi rodzinami, część wyraźnie odreagowuje:

Posted: 29.03.2012 by Monika Sadłowska

Gion

Kyoto

Dziś zamierzaliśmy odpocząć zwiedzając jedynie swoją okolicę w Kyoto. Od rana niestety pada deszcz, kryjemy się w centrach handlowych. Kierując się głodem trafiamy na dworcu kolejowym w ciekawe miejsce. W jednym z wysokich budynków dworca kolejowego całe piętro zajmują małe knajpki z zupami Ramen. Do każdej knajpki jest spora kolejka, bo w wielu z nich jest tylko kilka miejsc. Wcześniej jedzenie zamawia się w automatach stojących przy wejściach do knajpek. Bez znajomości japońskiego obsługa automatu nie jest prosta, ale zwykle ktoś z personelu znający angielski z uśmiechem pomoże. Do knajpki wchodzi się gdy posiłek jest już przygotowany. Wszystko w celu zapewnienia większej przepustowości przy małej powierzchni.
Popołudniem spacerujemy po starej dzielnicy Higashiyama, sporo tutaj sklepów z pamiątkami i kilka świątyń które jeszcze później odwiedzimy. Higashiyama to wschodnia część centrum Kyoto obejmująca zbocza wzgórz na których przez wieki powstało wiele świątyń. Wiele lokalnych uliczek posiada jeszcze klimat dawnego Kyoto. Przez pewien okres czasu było to miejsce największego rozkwitu japońskiej architektury i sztuki (ikebana, parzenie herbaty). Dziś Higashiyama jest nieco zdewastowana, ale na tle typowej japońskiej tkanki miejskiej jest bardzo atrakcyjna:

Wieczorem trafiamy do Gion - dzielnicy Gejsz. Obecnie, szczególnie w sąsiedztwie kanałów znajduje się tam sporo restauracji o raczej turystycznym charakterze.

Jednak wystarczy wejść w węższe uliczki by zobaczyć tę część Gion, która nadal żyje starym rytmem. Przejeżdżają tu drogie samochody, szybkim krokiem przechodzą grupy panów w garniturach, a czasem jeszcze szybszym krokiem przemknie prawdziwa Geiko. To część japońskiej kultury korporacyjnej. Wieczorna kolacja na wysokim poziomie to część obowiązków zawodowych, forma ugoszczenia partnerów biznesowych. Spotkania tego typu są umawiane, nie da się wejść bez zaproszenia. Restauracje w których się odbywają mają zasłonięte okna, nie mają szyldów, wszystko dzieje się wewnątrz:

Posted: 30.03.2012 by Robert Sadłowski

Arashiyama

Kyoto

Arashiyama to dzielnica na zachodnich przedmieściach Kyoto. Ma ciekawą historyczną przeszłość i jest miejscem weekendowych wycieczek mieszkańców aglomeracji. Większość osób zna ją z malowniczej scenerii lasu bambusowego Sagano.

W sąsiedztwie lasu znajduje się XIV-wieczna świątynia Tenryū-ji, najważniejsza szkoły Rinzai buddyzmu zen. Świątynię otaczają obszerne ogrody. Liczne drzewa wiśni mają już spore pąki, ale to wciąż nie kwiaty. Pogoda znowu robi się mniej sprzyjająca:

To także miejsce odwiedzane przez liczne wycieczki z całej Japonii. Wiele osób przyjeżdża z całymi rodzinami, dla dzieci to wystarczający powód by odziać się w tradycyjny strój, co ewidentnie jest dla nich powódem do dumy (szczególnie dla dziewczynek):

Podmiejskim pociągiem linią JR Sagano wracamy do centrum Kyoto. Po drodze oglądamy pasażerki:

Zaczynam się zastanawiać dlaczego tak wiele japonek ma nieco dziwne nogi (z grzeczności nie napiszę krzywe). Wieczorem okazuje się, że nie tylko ja mam takie spostrzeżenia. Czytamy, że prawdopodobnie przyczyną jest długi czas siadania w kucki w okresie dzieciństwa.

Posted: 1.04.2012 by Robert Sadłowski

Fushimi Inari & Higashiyama

Kyoto

Dzielnica Fushimi leży blisko centrum, łatwo tam dotrzeć koleją lub autobusem (lepiej sprawdzić wcześniej godziny kursów). Świątynia w właściwie chram Fushimi Inari Taisha to główne miejsce kultu Inari w całej Japonii. Inari dawniej to bóg ryżu, a obecnie przede wszystkim patron/patronka kupców, przemysłu i ogólnie biznesu. Zapewne z tego powodu sanktuarium doczekało się aż 32tys(!!!) bliźniaczych świątynek rozsianych po całej Japonii. Każda firma chcąc sobie zapewnić powodzenie w biznesie sponsoruje bramę Tori. Świątynia Fusimi Inari mieści się na zboczu porośniętego lasem wzgórza, a jej najbardziej rozpoznawanym elementem są właśnie pomarańczowe bramy Tori. Bram jest tak dużo, że ustawione jedna przy drugiej tworzą tunele o łącznej długości podobno aż 4km. Łatwo wyliczyć, że bram Tori są tysiące:

Najlepiej przyjechać tu o świcie, bo nie ma wtedy pielgrzymów (turyści to znacznie mniejszy problem). Przy porannej mgiełce można liczyć na ciekawe zdjęcia. Japonia ma jednak tak dziwnie dobrane strefy czasowe, że świt nawet wczesną wiosną przypada na jakieś patologicznie wczesne godziny. Nie udało nam się. Ale przy odrobienie cierpliwości i szczęścia można trafić na niemal pusty kadr. Na wierzchołku wzgórza znajduje się kilka świątyń, o raczej tendencyjnej architekturze. Sporo osób bierze udział w nabożeństwach:

Korzystając z ładnej pogody ponownie wracamy do popularnej dzielnicy Higashiyama. Turystów (niemal wyłącznie japońskich) jest bardzo dużo. Wiele młodych dziewczyn chodzi w kimonach, niemal wszyscy polują na kwitnące wiśnie (te nogi):


Udaje nam się odnaleźć zdaniem wielu przewodników najładniejszą i najmniej przekształconą przez wieku uliczkę Ishibei-koji (to nie takie proste, bo nie ma jej na większości map):

Kōdai-ji to jedna z ładniejszych świątyń Higashiyamy. To także świątynia buddyzmu zen szkoły Rinzai jej integralną częścią jest ułożony z niezwykłym pietyzmem kamienny ogród służący medytacji:

Oczywiście w głębi kompleksu znajdują się także konwencjonalne tradycyjne japońskie ogrody:

Zgodnie z planem zachód słońca mieliśmy obejrzeć z tarasu świątynii Kiyomizu-dera. Przed wejściem do świątyń piękna Japonka w tradycyjnym kimonie pozuje do zdjęć i sprawia jej to wyraźną radość:

Każdy pielgrzym u wrót świątyni powinien dokonać sakralnego oczyszczenia myjąc dłonie w smoczej fontannie:

Kiyomizu-dera to jeden z ważniejszych kompleksów sakralnych w Japonii. Pierwsze świątynie zbudowano tutaj w VIII wieku. Obecnie najbardziej znany jest pawilon z ogromną werandą - tarasem zbudowanym na monumentalnej konstrukcji drewnianych bali. Widok z tarasu na miasto jest główną przyczyną wielkiej popularności świątynii:

W kompleksie znajdują się także liczne mniejsze świątynki. W jednej z nich, której nazwy już nie pamiętam, główna komora znajduje się pod ziemią. Schodzi się tam wąskimi stromymi schodami i już po chwili otacza nas całkowita ciemność. Jedynym sposobem poruszania się jest przesuwanie dłoni wzdłuż wiszącej na ścianach liny. Labirynt absolutnie ciemnych korytarzy kończy się pomieszczeniem w centrum którego na niewielkim postumencie znajduje się mały kamień oświetlony wąskim snopem światła. Zapewne wrażenia które daje to podziemne przejście posiadają swoją symbolikę, prawdopodobnie chodzi o doświadczenie ponownych narodzin.

Posted: 2.04.2012 by Robert Sadłowski

Złoty Pawilon i Ścieżka Filozofa

Kyoto

Następnego dnia naszym celem jest najbardziej znany obiekt w Kyoto, czyli Kinkaku-ji - Złoty Pawilon. Kompleks znajduje się w północno-zachodniej części miasta, dotarcie do niego zajmuje nam więc sporo czasu. Złoty Pawilon jest rzeczywiście pokryty złotem - to także świątynia zen, jednak o mniejszym znaczeniu sakralnym. Pawilon nie miał szczęścia był dwukrotnie doszczętnie niszczony, obecny budynek ma zaledwie 6 dekad, ale i tak przyciąga rzesze turystów (w tym miejscu widać nawet białych turystów):

Poza pawilonem są tutaj stosunkowo duże i tanie sklepy z pamiątkami (jeśli ktoś lubi). W drodze powrotnej odwiedzamy ogrody dookoła Pałacu Cesarskiego w centrum miasta. Tu tutaj rezydowali imperatorzy Japonii zanim urząd w XIX wieku nie został przeniesiony do Tokyo. Ogrody są publicznie dostępne i czas spędza tutaj wiele osób starszych, wielu z nich z aparatami fotograficznymi na statywach czeka na wyklucie się kwiatów z pąków wiśni. Sakura wisi w powietrzu. My również liczymy, że właśnie dzisiaj kwiaty się rozwiną i w nadziei ruszamy w stronę Ścieżki Filozofa.
Tetsugaku-No-Michi, czyli Ścieżka Filozofa to jeden z najpiękniejszych wycieczkowych szlaków Kyoto. Droga prowadzi wzdłuż kamiennego kanału i jest gęsto obrośnięta drzewami wiśni. Nazwa pochodzi od jednego z japońskich filozofów, Nishida Kitaro, który zwykł tędy wędrować. Na początku Ścieżki odwiedzamy jeszcze ogrody Ginkaku-ji, czyli Srebrnego Pawilonu. Usytuowanego na zboczu wzgórza ogrody zostały zaprojektowany przez japońskiego artystę tak, by piasek odbijał światło księżyca i ukazywał piękno ogrodu również nocą (nikt tego jednak nie wie, bo świątynia jest zamykana dla zwiedzających już o 17:00):

Ścieżka Filozofa to także miejsce masowych pielgrzymek z całej Japonii. Tutaj także wiele kobiet spaceruje w tradycyjnych kimonach, młodz ludzie spotykają się tutaj na randkach, a przy domach swoje stanowiska mają uliczni artyści:


Kwiaty wiśni już powoli widać, ale to jeszcze nie to. Prawdopodobnie zabrakło nam 1 dnia:

Posted: 3.04.2012 by Robert Sadłowski

Japonia kraj inny niż wszystkie

Kyoto

O ile pierwsze dni pobytu przyniosły raczej rozczarowanie, to z każdym dniem przeradzało się ono w fascynację. Do tej porty przywykłem, że kraje o wysokim stopniu rozwoju są do siebie podobne, a kraje zacofane są paradoksalnie bogatsze kulturowo i ciekawsze. W tych kategoriach Europa nie różni się specjalnie od USA, Australii, a nawet Nowej Zelandii. Japonia jako kraj wysoko rozwinięty wyraźnie wyłamuje się z tej reguły, ale tę odmienność można na pierwszy rzut oka przeoczyć. Nie widać jej aż tak bardzo na ulicach, miasta są wręcz zaniedbane, sprawiają wrażenie niezaplanowanych i zapewne obniża to jakość życia mieszkańców. Nawet w Kyoto tradycja w niekontrolowany sposób miesza się z nieokiełznaną nowoczesnością. Niewielkie domostwa obłożone są klimatyzatorami, kablami, a nawet automatem z napojami (chyba):

Może dlatego Japończycy nie mogąc zapanować nad skalą makro skupiają się na detalu. Może dlatego ogrody zaprojektowane i dopieszczone są z dokładnością do pojedynczej trawki. Potrzeba estetyki jest realizowana z powodzeniem w detalu nawet w prostych kompozycjach (wejście do sklepu z pamiątkami):

Co dziwne ten dopieszczony detal często występuje w parze z totalnym kiczem, który tutaj też się podoba, jak w przypadku tej scenki przed wejściem do restauracji (mam cichą nadzieje, że to tylko odpowiednik naszych ogrodowych krasnali):

Jednak największą atrakcją Japonii są jej mieszkańcy. Ludzie niezwykle mili i skromni. Ludzie, którzy nie krzyczą nawet, gdy są zdenerwowani, którzy zawsze bardzo chętnie służą pomocą. Szacunek dla zasad i prawa jest tutaj godny pozazdroszczenia. Nikt tutaj nie będzie wyrzucał śmieci na ulicę, nie będzie deptał trawnika w świątynnym ogrodzie. Mało tego, tutaj nawet nikt nie odważy się zwiedzać świątynie inaczej, niż według strzałek określających kierunek zwiedzania.
Następnego dnia z porannego pociągu na lotnisko widzimy pełne rozwinięte kwiaty wiśni w promieniach wschodzącego słońca. Zabrakło nam 1 dnia, ale to nic. Zdecydowanie tutaj wrócimy :)

Posted: 4.04.2012 by Robert Sadłowski