TOKYO Seul Taipei

Nikkō

Tokyo

Podczas swojego pierwszego pobytu w Japonii zdążyłem zaledwie zauważyć, że to kraj inny i ciekawy oraz zrozumiałem, że byłem na ten pobyt zbyt słabo przygotowany. Przed wyjazdem do Japonii nie wystarczy bowiem przeczytać tradycyjny przewodnik, istotne (a może i nawet ważniejsze) jest zapoznanie się z niuansami kulturowymi tego kraju. Smak pobudzony pierwszym pobytem i narastająca po nim ciekawość sprawiły, że tak oto jestem w Japonii ponownie. Tym razem postarałem się nawet by dolecieć tam na pokładzie linii Japan Airlines (skuszony także wcześniejszym przelotem ANA - innymi Japońskimi liniami). W samolocie każdy pasażer miał dla siebie po kilka foteli, można więc było wygodnie się wyspać. Personel był rewelacyjny, a serwis wyśmienity.

Na Tokijskie lotnisko Narita dotarliśmy rano, niemal godzinę przed czasem. Kupujemy 3 dniowy bilet na lokalną kolej: JR Kanto Area Pass (8300Y) i kolejką NEX z przesiadką docieramy do hotelu. W większości przypadków w hotelach przybycie przed czasem nie jest problemem, ale w Japonii pan w recepcji był zdziwiony, że w ogóle pytamy o pokój, bo przecież jeszcze 4h. Nie próbując dyskutować (ze zmęczenia no i oczywiście bo nie wypada), zostawiliśmy bagaż w recepcji i ruszyliśmy na miasto, a dokładnie na główny dworzec kolejowy Tokyo Station, bowiem z racji sprawnego i wygodnego przelotu uznaliśmy, że zdążymy jeszcze tego dnia odwiedzić Nikko.
Tokyo Station to główny dworzec w komunikacji międzymiastowej, jest sporym kompleksem z peronami na wielu piętrach i labiryntem podziemnych korytarzy. Zupełnie nie potrafimy się tu odnaleźć, tym bardziej, że ilości pieszych gnających we wszystkich kierunkach są ogromne. Ludzie poruszają się bardzo szybko i sprawnie, dokładnie wiedzą gdzie iść, ale nie sprawiają wrażenia nerwowych, raczej skupionych. Potoki pieszych krzyżują się, ale nikt na nikogo nie wpada, każdy odzie w takim odstępie od innych, by w sam raz pod odpowiednim kątem ktoś inny mógł im przeciąć drogę. Jak wielki żywy organizm. To robi wrażenie, tym bardziej, że niemal wszyscy podróżni to ubrani w garnitury mężczyźni - dworzec otaczają dzielnice biznesowe.
Docieramy do peronów Shinkansenów i niemal przypadkiem w ostatniej chwili trafiamy na ten właściwy. Wsiadamy do stojącego przy nim pociągu i dopiero pytamy podróżnych o stację docelową. Zanim usłyszeliśmy odpowiedź zamknęły się drzwi i pociąg ruszył. Okazało się, że musimy zmienić wagon, ale na szczęście to był właściwy pociąg.

Mamy trochę czasu na odpoczynek. Za oknem nieco pochmurnie, ale nie pada. Cieszy mnie to, bowiem kilka dni przed naszym wylotem wykształcił się na Pacyfiku tajfun Nuri i szybko urósł do najwyższej kategorii 5 kierując się przy tym na Japonię. Pierwsze prognozy nie były jednoznaczne, terminarz tajfunu pokrywał się z naszym, więc ryzyko popsucia wyjazdu było spore. Japonia jest krajem od zawsze dręczonym żywiołami, a przez to dobrze na nie przygotowanym. Wyczytałem, że pociągi stają dopiero przy wietrze powyżej 50węzłów, a szanse na taki w prognozach są rzędu 5%, więc niewiele.
Poza regularnymi tajfunami w Japonii częste są trzęsienia ziemi (takie odczuwalne przynajmniej raz na 2 tygodnie), a dawniej związane z nimi pożary. Właśnie dlatego miasta są tutaj stosunkowo brzydkie, budynki traktuje się jako tymczasowe i z góry zakłada się, że niebawem ich miejsce zajmą inne nowsze. W efekcie panoramy miast dynamicznie się zmieniają, a Japończycy od wieków kultywują przemijanie, nietrwałość i ulotność. W Japonii istotne jest tworzenie sztuki i jej podziwianie, a nie produkt sam w sobie. Charakterystyczny dla Japonii podziw dla ulotnego piękna to jednak głównie celebracja zmieniających się pór roku, kwitnienia wiśni (sakura, a samo podziwianie kwiatów to hanami) oraz kolorów jesieni (koyo). Miasteczko Nikko do którego się udajemy to właśnie jedno z miejsc chętnie wizytowanych przez Japończyczyków w celu podziwiania kolorów jesieni, właśnie teraz na początku listopada.
W międzyczasie dojeżdżamy do miasteczka Utsonomiya, gdzie przesiadamy się na pociąg lokalny. Mamy nieco czasu na to by zjeść obiad. Dookoła dworca jest sporo salonów pachinko, ulubionej gry Japończyków, będącej zamaskowanym hazardem podobno dochodowym dla organizatorów.
Docieramy do Nikko. To niewielka górska miejscowość położona około 140km na północ od Tokyo. Do największej atrakcji kompleksu chramów Nikkō Tōshō-gū trzeba dojść 2km główna ulica. Mijamy wiele sklepów z pamiątkami, knajpek i starych pensjonatów:

Miasteczko od zabytkowego parku oddziela rzeka z świętym mostem Shinkyo:

Klory jesieni trwają na szczęście dłużej niż kwitnienie wiśni, więc tym razem nie było problemów ze zgraniem z terminem wyjazdu. Jesień w Japonii jest zdecydowanie bardziej kolorowa niż w Polsce:

Główną atrakcją jest tutaj mauzolem ku czci pierwszego sioguna z rodu Tokugawa, ale gdy tam dotarliśmy mauzoleum było już zamknięte. Ród Tokugawa rezydował na Zamku w Edo, dzisiejszym Pałacu Cesarskim w Tokyo. Po ustąpieniu ostatniego sioguna z rodu przeniesiono stolicę Japonii z Kyoto do Edo.
Poniżej współczesny budynek Muzeum Toshogu:

Okolice mauzoleum to liczne świątynie i świątynki poukrywane w leśnych zaroślach. Poniżej widok na główną oś widokową wzdłuż ulicy-deptaku Omotesando:

Jeszcze dalej w głąb gór od miasteczka Nikko, za zabytkowym parkiem z mauzoleum znajduje się Park Narodowy Nikko z malowniczym jeziorem Chuzenji otoczonym górami. Zabrało nam czasu by tam dotrzeć, ale mamy nadzieję tu jeszcze wrócić. Okolica jest ładna, tutaj nawet parkingi dla turystów wyglądają klimatycznie:

Wracamy na dworzec kolejowy i większą część podróży powrotnej do Tokyo przesypiamy. Podczas przesiadki w Utsunomiya udaje nam się zrozumieć zasadę wsiadania do Shinkansenów. Na peronach są oznaczone pola przy których po zatrzymaniu pociągu będą się znajdowały drzwi konkretnego wagonu, a wagony dzielą się na takie z rezerwacją miejsc i bez rezerwacji. Utsonomiya jest stacją na trasie linii Shinkansen Tohoku biegnącej z Tokyo na samą północ wyspy Honsiu.
Docieramy do hotelu, nasze bagaże już czekają w pokoju. Nocujemy w dobrym miejscu w hotelu Tokyu Stay Nihombashi jakieś 200m od najbliższej małej stacji JR Shin-Nihombashi i w zasięgu 10-15min spaceru od stacji Kanda i Tokyo Station. Hotel jak najbardziej polecam. Monika odpoczywa w wannie, a ja idę jeszcze zwiedzać okolicę.

Posted: 6.11.2014 by Robert Sadłowski

Shinjuku - Shibuya - Marunouchi

Tokyo

Tokyo nie ma jednego centrum, bowiem wzdłuż pierścienia lokalnej linii kolejowej Yamanote Line znajduje się szereg dworców i każdy z nich jest głównym punktem większego lub mniejszego centrum. Najważniejszym dworcem jest Tokyo Station (choć wcale nie ma największej liczby pasażerów), ale dworce Shinjuku, Shibuya i Ueno są niewiele mniej ważne. Dookoła dworców znajduje się najwięcej miejsc pracy, domów handlowych, znajdują się tam także budynki administracyjne. Jednym z nich jest Metropolitan Government Building usytuowany po zachodniej stronie stacji Shinjuku. Budynek warto odwiedzić z powodu darmowego tarasu widokowego. Na pierwszym planie zdjęcia poniżej stosunkowo nowy fantazyjny budynek Cocoon Tower mieszczący kilka uczelni wyższych, w tym szkołę mody Mode Gakuen:

Dworzec Shinjuku obsługuje podobno najwięcej pasażerów na świecie - około 2mln dziennie! Po jego wschodniej stronie znajduje się rozrywkowa dzielnica Kabukicho, którą odwiedziliśmy wieczorem. Przybysz z zachodu raczej nie zrozumie o co tam chodzi, do wielu miejsc nie zostanie nawet wpuszczony. Niespecjalnie mi się tam podobało.
Z Shinjuku przejeżdżamy 2 stacje koleją miejską do Shibuya. To jedna z bardziej kolorowych dzielnic, taki tokijski odpowiednik nowojorskiego Times Square. Jednak tutaj nie tylko krzykliwe ekrany reklamowe i neony stanowią o barwności, ale ogromne potoki przetaczających się ludzi, głównie młodych. Przy Shibuya znajduje się znane z fotografii ogromne przejście dla pieszych zajmujące całe skrzyżowanie - Shibuya Crossing. To tutaj na początku ubiegłego wieku na swojego zmarłego pana przez 10 lat czekał jego pies Hachikō - właśnie na dworcu Shibuya. Wierny pies doczekał się pomnika jeszcze za swojego życia:

Dziś pomnik znajduje się przy jednym z wyjść z dworca, ludzie umawiają się przy nim by wspólnie wrócić do domu, iść na zakupy, randkę lub w okolice Love Hotel Hill. Hotele miłości są w Japonii czymś naturalnym i popularnym, bo przy niewielkiej powierzchni japońskich mieszkań są po prostu wygodne:


Docieramy do biznesowej dzielnicy Marunouchi. Odwiedzamy ciekawy architektonicznie budynek wielofunkcyjnego centrum Tokyo International Forum. Akurat odbywają się tutaj jakieś targi:

Marunouchi to dzielnica usytuowana pomiędzy Tokyo Station, a Pałacem Cesarskim. Budynki to tutaj niemal wyłącznie wieżowce ze szkła i kamienia, a ulice są zielone, zadbane ze stylistką o nieco anglosaskim charakterze:

Prestiżowa lokalizacja przyciąga największych graczy. Podobno główną siedzibę mają tutaj 3 największe Japońskie banki. Na ulicach widać głównie idących szybkim krokiem panów w garniturach. O Japońskiej kulturze korporacyjnej narosło mnóstwo mitów. Dawno temu czytałem książkę Amélie Nothomb: Z pokorą i uniżeniem, przedstawiającą pracę w Japonii jako niekończący się ciąg upokorzeń i bezmyślnego wykonywania poleceń. Nie pracowałem co prawda w Japonii, ale im więcej wiem o tym kraju tym bardziej te stereotypy wydają się być krzywdzące. Owszem istnieje tu ścisła hierarchia w której pracownik spędza większość życia w jednej firmie wspinając się powoli po szczeblach kariery (zmiany pracodawcy nie są mile widziane). Pracuje się tu do późna, nie ma tu zwolnień lekarskich (nieobecność usprawiedliwia tylko szpital). Jednak to anglosaski model wymusza dystans pomiędzy pracownikiem, a jego przełożonym, a w Japonii szef ma być dla pracownika przyjacielem. W Japonii pracowników nie zmusza się do pracy, ale sprawia się by sami chcieli lepiej pracować. Późne powroty z pracy do domu wynikają także z faktu, iż zapewnienie pracownikowi szeroko rozumianej rozrywki należy w Japonii do pracodawcy. To pracodawca opłaca spotkania pracowników przy piwie po pracy. Taki system dziś wydaje się być archaiczny i powoli jego siła słabnie, ale to właśnie on zapewnił Japonii dobrobyt.
Idziemy w stronę Pałacu Cesarskiego, możliwości jego zwiedzania są bardzo ograniczone, zresztą pałac został zniszczony w czasie wojny, a odbudowa została zakończona dopiero pod koniec lat 60-tych. Zabudowę pałacu otacza ogromny park, nad którym górują wieżowce Marunouchi:


Cesarz oczywiście nadal rezyduje w pałacu, jednak jego rola polityczna jest marginalna.
Wieczorem jeszcze raz odwiedzamy Shibuję i jej ogromne przejście dla pieszych Shibuya Crossing:

Posted: 7.11.2014 by Robert Sadłowski

Karuizawa

Tokyo

To właśnie dziś w pobliżu Tokyo miał przejść tajfun. Jednak prognozy nam sprzyjają, jego siła ma spaść poniżej 1 kategorii, a odległość powinna być na tyle bezpieczna, że w najgorszym razie skończy się na deszczu. Na wszelki wypadek uciekamy z miasta w góry do Karuizawy około 160km na północny zachód od Tokyo. Znowu udajemy się na Tokyo Station. Do Karuizawy da się łatwo dojechać bezpośrednio Shinkansenem linii Nagano bez żadnych przesiadek. Trafił się nam najnowszy serii E7, było więc ładnie miło i czysto. Tym razem zarezerwowaliśmy sobie miejsca by uniknąć tłoku w wagonach dla pasażerów bez rezerwacji (bilet Kanto Area Pass umożliwia darmowe rezerwacje):

Przejazd trwa nieco ponad 1h. Podobnie jak w przypadku Nikko, także w Karuizawie jest sporo chłodniej niż w Tokyo, bowiem znajdujemy się na wysokości ponad 800mnpm. Jesień tutaj przynajmniej o miesiąc wyprzedza tę na wybrzeżu. Karuizawa to spokojne niewielkie misteczko, ale podobno jedyne na świecie które gościło dyscypliny olimpiady letniej (1964) i zimowej (1998). Po wyjściu z dworca na główną ulicę naszym oczom ukazuje się taki widok:

Część miasteczka po północnej stronie linii kolejowej to w dużej część spore rezydencje ukryte w lesie (zapewne bogatszych mieszkańców Tokyo - przypomina mi to trochę miasteczka w Górach Błękitnych w pobliżu Sydney). Większość bocznych ulic kończy się ścieżką w lesie. Dookoła kolory jesieni:

W planie mieliśmy wizytę w Onsenie Hoshino, ale nieco pobłądziliśmy po lasach i nie zdążyliśmy na darmowy shuttle bus. Da się tam podjechać lokalną koleją, ale dodatkowe 2,5km trzeba już przejść. Odpuściliśmy, ale zdecydowanie odwiedzimy jakiś Onsen podczas następnego pobytu. Onseny to Japońskie termy, niewielkie baseny zbudowane w oparciu o gorące źródła. Z uwagi na dużą aktywność sejsmiczną Onsenów jest tutaj sporo, stały się częścią Japońskiej kultury. Ludzie by lepiej się poznać, by porozmawiać, a nawet partnerzy biznesowi spotykają się w łaźniach. W mieście te publiczne nazywają się sentō. Onseny oparte na wodach cieplicowych (często o właściwościach leczniczych) z reguły znajdują się na prowincji. Towarzyszy im ciekawa architektura oparta na naturalnych materiałach (kamień drewno) i podkreślająca piękno otaczającej przyrody. Często to rozbudowane kurorty lub Ryokany (tradycyjne pensjonaty). W Onsenach i łaźniach obowiązują ściśle określone zasady. Przed kąpielą należy się dokładnie umyć, bowiem kąpiel służy wyłącznie rekreacji (ta sama zasada dotyczy kąpieli w domowej wannie). Nie używa się strojów kąpielowych dlatego większość kąpielisk posiada odrębne pomieszczenia dla kobiet i mężczyzn (rzadkie wspólne i tak nie są dostępne dla cudzoziemców). Japonia to kraj kultywujący czystość.
Powrót do Tokyo znowu Shinkansenem serii E7:

Podczas pobytu w Kyoto i okolicach w 2012 nie widziałem takiej fascynacji technologią toalet jak tutaj w okolicach Tokyo. W toalecie w Shinkansenie po wejściu klapa sama się podnosi (można się przestraszyć). Podgrzewane deski są standardem (wymaga przyzwyczajenia). To zapewne też efekty kultu czystości. Teraz rozumiem, dlaczego w Ryokan w Kyoto przed wejściem do toalety trzeba było zmienić obuwie na specjalne drewniane przeznaczone tylko do toalety.
Po powrocie ze słonecznej Karuizawy okazuje się, że w Tokyo pada deszcz - ostatnie tchnienie tajfunu Nuri. Uznaję, że najlepiej przeczekać go w którymś z wysokich budynków z tarasem widokowym. Udajemy się najbliższego Bunkyo Civic Center. Zdążyliśmy jeszcze zanim zrobiło się zupełnie ciemno, deszcz powoli przechodzi:

Wracamy do hotelu, a po odpoczynku robię sobie jeszcze wycieczkę do pobliskiej Akihabary, mini dzielnicy wyspecjalizowanej w handlu elektroniką, grami komputerowymi oraz akcesoriami anime. Tutaj znajduje się Tokyo Anime Center, czyli obowiązkowy punkt do odwiedzenia dla każdego otaku - miłośnika anime i mangi. Okolica Akihabary opiera się w zasadzie na jednej głównej ulicy, niespecjalnie przypadła mi do gustu:

Posted: 8.11.2014 by Robert Sadłowski

U stóp Fuji

Kawaguchiko

Od początku pobytu, nawet przy dobrej pogodzie okolice góry Fuji spowite były chmurami. Dziś pogoda miała być najlepsza, a szansę na zobaczenie Fuji największe. Zastanawialiśmy się, czy przyjechać do
Kawaguchiko (bliżej szczytu, w cenie naszego karnetu, ale widok góry pod słońce), czy do znajdującego się po drugiej stronie szczytu Hakone (dalej od szczytu i trzeba dopłacić). Wybraliśmy pierwszy wariant.
Jednak ja miałem w planie jeszcze przed śniadaniem inną atrakcję. Bardzo chciałem odwiedzić Tsukiji Fish Market - największy targ owoców morza na świecie. Możliwość obserwowania wnętrza i aukcji tuńczyków obwarowana jest surowymi ograniczeniami. Jest limit wchodzących, nie da się rezerwować z wyprzedzeniem, a listy zamykane są o 5:00 rano (lub wcześniej, jeśli są pełne). Wchodzi się w 2 grupach, jedna o 5:00, druga o 6:00. Musiałbym wyjść z hotelu przynajmniej o 4:00 by mieć gwarancję, że się załapię. Choć pierwotnie chciałem, wygrała wygoda i wymyśliłem rozwiązanie kompromisowe, by wyjść z hotelu o 5:30, zobaczyć co się da na rynku zewnętrznym (detalicznym, ogólnodostępnym), poczuć klimat i zdążyć wrócić do hotelu przed 7:00 na śniadanie.
Zagryzając zęby przystąpiłem do realizacji planu. Na swojej stacji JR Shin-Nihombashi byłem jedynym pasażerem. Do przejechania miałem tylko 3 przystanki bez przesiadek, więc z 5minut podróży, ale z dworca musiałem iść dalej na piechotę, nieco na orientację. Dotarłem szybciej niż się spodziewałem, było jeszcze zupełnie ciemno. Cały obszar Tsukiji Fish Market jest ogromny. Z wnętrza, gdzie odbywa się handel hurtowy wyjeżdża ciężarówka za ciężarówką oraz cała masa spalinowych lekkich wózków, które prowadzi się na stojąco (chyba mniejsi sklepikarze). Podoba mi się, ukradkiem zaglądam do środka:

Sprzedaż poza obszarem rynku wygląda skromnie. Część stanowisk już się zwija, część, ta w której serwuje sie dania, dopiero się rozkłada, ale ruch i tak jest spory:

Gdy wracam na dworzec zaczyna wschodzić słońce, robię więc nieco dłuższy spacer pomiędzy nowymi wysokimi budynkami okolic Shiodome:

Cieszę się, że tam pojechałem i jeśli będę jeszcze w Tokyo z pewnością pojadę na aukcję tuńczyków. Bez problemu zdążyłem wykąpać się jeszcze przed śniadaniem, które zjadamy w 10 minut i biegniemy na stację. Pogoda jest piękna. Do Kawaguchiko dojeżdża się niewielką górską kolejką z Otsuki, a do Otsuki dojeżdżają pociągu z tokijskiego dworca Shijuku. By szybciej dotrzeć do Shinjuku rozpoczynamy ze stacji Kanda:

Przed wyjazdem w okolice nieobsługiwane przez Shinkanseny zdecydowanie warto przestudiować rozkłady jazdy i dobrać połączenia z najlepszymi przesiadkami, a na najdłuższy odcinek z Shinjuku do Otsuki wybrać szybszy pociąg (opisywany w rozkładach jako Limited Express, taki pociąg jest też znacznie wygodniejszy). Już po drodze widzę szczyt Fuji, wreszcie. Droga do Otsuki wiedzie doliną rzeki Sagami. Im dalej, tym bardziej górski krajobraz, tym ciekawsze widoki:

Po przesiadce, przyznam się, że niemal całą trasę ostatniego odcinka przespałem (efekt porannej eskapady). Po dotarciu do stacji Kawaguchiko okazuje się, że tutaj też jest znacznie chłodniej. Znowu znaleźliśmy się na wysokości ponad 800mnpm. Spacerem docieramy do kolejki linowej na górę Tenjo, na której znajduje się punkt widokowy na górę i jezioro Kawaguchi:

Górę Fuji też widać. Zdążyliśmy zanim zniknęła za chmurami. Rzeczywiście patrzenie pod słońce psuje nieco kontrast, ale wybaczam, cieszę się, że w ogóle udało się ją zobaczyć:

Fuji to miejsce magiczne, to symbol o silnym znaczeniu w lokalnej kultorze. Jej wizerunek to chyba najczęściej powtarzający się motyw w sztuce Japonii. To także święte miejsce dla wyznawców shintō.
Samo Kawaguchiko to duża i znana miejscowość wypoczynkowa. Jest tutaj sporo hoteli i pensjonatów:

Dookoła jeziora wzgórza w kolorach jesieni:

Podczas drogi powrotnej do Otsuki starałem się już nie spać. Za oknem kolorowa prowincja:

A oto na peronie w Otsuki ja i automat do sprzedaży kaw o różnych smakach (potrafię już taki obsługiwać):

Zachód słońca chcieliśmy obejrzeć z tarasu widokowego Landmark Tower w Yokohamie, ale zanim dotarliśmy góra Fuji zasłoniła się już chmurami. Widok nie był więc specjalnie spektakularny. Być może w zamian lepiej było pojechać jeszcze do pobliskiej Kamakury, ale obejrzymy ją następnym razem.
Po powrocie do Tokyo odwiedziliśmy jeszcze okolice reprezentacyjnej ulicy Omotesando oraz dworca Harajuku z sklepami z dziwną współczesną modą na Takeshita-Dori:

Zabrakło niestety czasu także na Ginze, Asakusę i obszary portowe. Następnym razem przylecimy już w trójkę i planujemy zdecydowanie więcej czasu przewidzieć na odpoczynek w parkach.

Posted: 9.11.2014 by Robert Sadłowski

Korea

Seul

O 10:00 rano wylatujemy z lotniska Haneda - to port lotniczy usytuowany znacznie bliżej centrum niż Narita. Dzięki temu bez problemu zdążyliśmy zjeść jeszcze hotelowe śniadanie. Na Hanedę można dojechać kolejką MonoRail lub Keikyu Line. Ze stacji ShinNihombashi bardziej pasowała nam podróż Keikyu Line (1 przesiadka, a z MonoRail niezbędne byłyby 2). Dojazd bezproblemowy. Na lotnisku byliśmy już około 8:00 rano. Szybko odprawiamy się na lot do Seulu, korzystamy z linii Asiana, a dzięki kartom Diners Club czekamy na samolot w Sky Lounge. Wnętrza niezłe, cicho i spokojnie, niestety dostępne są tylko napoje, ale w zamian przed sobą mamy przyjemny dla oka widok na pożegnanie Japonii:


Naszym głównym podręcznikiem do Japonii była książka Joanny Bator: japoński wachlarz. To coś w formie przewodnika kulturowego, który akurat w Japonii przydaje się bardziej niż przewodniki Lonely Planet.

Od kilku dni w prognozach pogody widzę, że akurat w dniu naszego pobytu pogoda w Seulu ma się popsuć. I rzeczywiście podczas lądowania na lotnisku Gimpo widzimy mglistą szarość. Czekamy w długiej kolejce do imigration, a potem kolejką AREX docieramy już bardzo szybko (15min) do stacji Hongik Uniwersity, w której pobliżu mamy zarezerwowany nocleg. Jest chłodno, zdecydowanie chłodniej niż w Japonii, ale pomimo tego okoliczne knajpki funkcjonują z stolikami wystawionymi na ulicę. Podoba mi się to:

Nie spieszymy się z wyjściem na miasto, bo przecież jest brzydka pogoda. Porządkujemy bagaże, odpoczywamy, a gdy w końcu udaje się nam wyjść okazuje się, że ... świeci słońce!
Metrem docieramy stacji City Hall, gdzie zwiedzanie chcemy rozpocząć od Pałacu Deoksugung. Korea ma bogatą historię, jednak większość jej zabytków nie zachowała się w pierwotnej formie. Trafiamy akurat na zmianę warty:


Ludzi jest bardzo dużo, jest sobota. Widzimy, że w przeciwieństwie do Japonii ludzie tu bardziej wylewnie okazują sobie emocje. Kolejka do pałacu wygląda na tak przynajmniej 1h stania. Darujemy to sobie i idziemy na spacer wzdłuż murów. Tutaj też udaje się nam załapać jeszcze na kolory jesieni:

Dookoła mnóstwo stoisk z różnymi pierdołkami i artystów ulicznych:

Wracamy do metra. Zauważamy w podziemiach szafy ze sprzętem wojskowym w razie ataku terrorystycznego - cień bliskości Korei Północnej. Metro w Seulu ma nieprzyjazny system biletowy dla turystów. Da się zaopatrzyć w prepaidową kartę-bilet, ale tam poza depozytem jest też spora opłata bezzwrotna, która podczas krótkiego pobytu raczej nie ma szansy się zwrócić. Jednorazowy bilet jest minimalnie droższy, trzeba też zapłacić wraz z nim zwrotny depozyt, ale w wysokości około 50% wartości typowego biletu. Biletomatów jest mało i są do nich kolejki.
Jedziemy w stronę wioski Bukchon - starej dzielnicy znanej z fotogenicznych dachów. Przejazd zabiera nam sporo czasu, gdy wysiadamy słońce jest już bardzo nisko:



Mieliśmy w planie odwiedzenie pobliskiego Pałacu Gyeongbokgung, ale akurat był zamknięty. Wcześniej spodziewałem się, że Seul będzie przypominał bardziej Chińskie miasta, czyli będzie gorzej niż w Japonii, ale przyznam, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Przedmieścia to niestety blokowiska, ale centrum trzyma poziom, jest nawet trochę ciekawej architektury (budynki Twin Tree Tower):

Ponieważ wcześniejszy przejazd 3 stacji metrem z przesiadką zajął nam więcej czasu, niż przejście tego samego dystansu na piechotę uznaliśmy, że będziemy już chodzić. Deptakiem Insadong dotarliśmy do potoku Cheonggyecheon. To znany w urbanistyce przykład udanej likwidacji szerokiej drogi na rzecz przestrzeni pieszych. Ludzi wszędzie mnóstwo, życie uliczne na pełną skalę i to przy bardzo chłodnym wieczorze. Szkoda, że Polskie miasta tak nie funkcjonują. Miejscami można trafić na bardziej jedzenie uliczne:

Obserwując ludzi, szczególnie po pobycie w Japonii aż rażą mnie (oczywiście pozytywnie) ich emocje. Nie wstydzą się okazywania ich i są w tym bardzo... zachodni. Widzę tutaj sporo par mieszanych (w Japoni nie ma ich prawie wcale). Mam wrażenie, że kobiety ubierają się tutaj bardziej zgodnie z modą europejską (Japonia ma swoje trendy).
Docieramy to Myeongdong, gdzie zastajemy zakupowe szaleństwo. Ogromem ludzi byłem już tam lekko zmęczony, ale miło patrzeć na ulice, które potrafią zastąpić centra handlowe i to w takiej porze roku. Nie starczyło nam siły na Gangnam, może następnym razem.
Spaliśmy w Family & Friends House 2 - było dosyć surowo, ale czysto i miło. Od właścicieli dostaliśmy w prezencie krążek CD koreańskiej grupy popowej.
Zmęczeni idziemy spać.

Posted: 10.11.2014 by Robert Sadłowski

Tajwan

Taipei

Rano kolejką AREX dotarliśmy na lotnisko Incheon - to główne lotnisko dla Seulu, ale znajduje się ono daleko od centrum. Przejazd w jedną stronę to prawie 50minut. Pogoda piękna, czyste niebo, aż szkoda wyjeżdżać. Wylotujemy do Taipei o 11:00, lecimy zwnou koreańskimi liniami Asiana. Karta Diners Club dają nam tutaj także wstęp do saloników, wybieramy Asiana Business Lounge. Salonik bardzo duży i zatłoczony, ale oferuje sporo dobrego jedzenia:

Serwis na pokładzie podobnie jak dzień wcześniej bardzo dobry (przy tak krótkim dystansie tylko po lotach Air New Zealand i ANA miałem podobnie pozytywne wrażenia). Lecieliśmy A330-300:

Lądowanie w Taipei minimalnie opóźnione, ale zyskujemy tu godzinę w związku z zmianą strefy czasowej. Procedury na lotnisku przeciągają się, jest ogromna kolejka do imigration (pasażerowie to w większości niskie starsze panie o bujnych czuprynach). W kantorach z powodu słabych kursów wymieniamy tylko część gotówki. Z Taipei do centrum dojeżdża się autobusem, podróż trwa około 40-50minut. Pogoda jest gorsza niż w prognozach, nie tylko pada, ale strasznie wieje. Wybraliśmy jeden z 3 hoteli Cityinn, docieramy do niego dopiero około 15:00. Hotele Cityinn mają bardzo dobrą opinię i raczej ich reputacja jest zasłużona. Pokoje są małe, ale ładne. Dominuje nowoczesny design. Cała łazienka i toaleta jest przeszklona, umywalka wbudowana jest w szklaną ścianę, a przy łóżku znajduje się spory panel do sterowania bogatymi opcjami oświetlenia pokoju. Na parterze mamy do dyspozycji małą kuchnię z darmowymi napojami (w tym gorącą czekoladą).
Odpoczywamy chwilę i idziemy zwiedzać. W planie mieliśmy kolejkę linową Maokong Gondola, ale przy tej pogodzie nie warto. Jest niedziala, w przejściach podziemnych dookoła głównego dworca kolejowego bardzo tłoczno i głośno, odbywają się tam koncerty i konkursy karaoke. Bilety na metro są bardzo tanie, system biletowy prosty do rozgryzienia i przyjazny. Dojeżdżamy do budynku Taipei 101 - najwyższego budynku na świecie przed zbudowaniem Burdż Chalifa w Dubaju. Niestety jedynie na chwilę szczyt budynku wyłania się z chmur:

Darujemy sobie więc taras obserwacyjny i udajemy się w okolice świątyni Konfucjusza. Czytałem wcześniej, że to miejsce lubione przez turystów i rzeczywiście świątynia jest ładna, szczególnie po zmroku, a przez ciężką warstwę chmur szybko zaczyna robić się ciemno. Spędzamy tam więcej czasu:


Później sam poszedłem jeszcze na nocny market, ale niespecjalnie mnie zachwycił. W pewnych fragmentach miasta stara kolonialna zabudowa wygląda atrakcyjnie, ale jest mocno zaniedbana. Jak gdzieś w cudzej relacji z podróży wcześniej przeczytałem: Taipei to takie lepsze Chiny i to prawda. Niewiele zdążyliśmy zobaczyć, ale cieszę się, że widziałem cokolwiek. Widać, że miasto jest biedniejsze, a ludzie mniej zadbani niż w Seulu. Jednak górskie odcinki estakady autostrady prowadzącej z miasta na lotnisko robią wrażenie.

Następnego dnia wstajemy wcześnie. Kolejny dzień z rzędu pogoda poprawia się gdy wyjeżdżamy. Dzięki temu przynajmniej z oddali widzę w całości budynek Taipei 101:

Na lotnisku zostaje nam sporo czasu na More Premium Lounge. Salonik jest bardzo dziwny, wnętrza bardzo oldskulowe, lata 80te. Przy wejściu stoi fortepian, a głębiej fotele w stylu pałacowego kiczu. Jedzenia jest sporo, ale w większości to lokalne specjały, które niespecjalnie mi smakowały. Bardzo dziwne miejsce...
Odlatujemy liniami Eva Air. Przy gejcie czeka na nas wysłużony 747-400 w wersji kombi, w którym na szczęście udało mi się zarezerwować miejsca premium na przedzie kabiny:

Posted: 11.11.2014 by Robert Sadłowski