LAOS - TAJLANDIA

MAPA

Hongkong i Macau

Macau

Promocyjny bilet kupiłem w Swissie. Niestety oznacza to wylot z Warszawy i nieprzyjemną poranną podróż pociągiem. Przesiadka z Zurychu, przelot Airbusem 340 i lądowanie późnym popołudniem w Hongkongu. Z oszczędności rezygnuję z szybkiej kolejki do centrum i czekam na tani autobus. Dojeżdżam do Kowloonu już po zmroku. Podoba mi się, jest żywo i kolorowo. Nie mam żadnej rezerwacji noclegu, ale wiem gdzie szukać - tak mniej więcej wiem. W Hongkongu są 2 tanie miejsca z noclegami, to gigantyczne budynki Chungking Mansions i Mirador Mansions. W każdym z nich jest kilkadziesiąt (o ile nie kilkaset) oficjalnych i nieoficjalnych tanich hotelików. Podobno te w Mirador są nieco lepsze. Największym wyzwaniem jest znalezienie odpowiedniej windy, później wystarczy iść za naganiaczami i wybrać taki pokój w którym da się jeszcze wytrzymać.
Rzucam bagaż i biegnę w okolice terminala promowego Tsim Sha Tsui na wieczorny pokaz iluminacji:

Jest wyraźnie chłodno. Podróż wymęczyła mnie tak, że pomimo różnicy czasu zasypiam bardzo szybko.
Następnego dnia szybko przechodzę kilka ulic do przystani promowej. Kowloon za dnia nie wygląda zbyt dobrze. Na wyspę Hongkong płynę jednym z promów Star Ferry - firmy przewożącej pasażerów przez port Wiktorii od końca XIX wieku. Cieszę się pogodą. Pomimo zimy jest ciepło, kilkanaście stopni Celsjusza i świeci słońce. Ta bardziej brytyjska część miasta jest zdecydowanie bardziej zadbana. Pomimo ekstremalnie intensywnej zabudowy jest tu przyjemniej.

W drugiej połowie dnia wjeżdżam skośnym tramwajem na Viktoria Peak, wzgórze z ciekawym widokiem na miasto. Jeszcze lepszy widok jest z tarasu na dachu centrum handlowego:

Na tarasie cierpliwie czekam aż zrobi się zupełnie ciemno:

Następnego dnia o poranku udaje się na terminal promowy w centrum handlowym Harbour City na Kowloonie z którego odpływają promy do Macau.

Macau to pierwsza kolonia na terenie Chin, zarządzana bezpośrednio przez Portugalczyków aż do 1999 roku. Macau słynie z kasyn, bowiem to jedyny obszar na terenie Chin, na którym hazard jest legalny. Podobno dzisiaj po uwolnieniu rynku kasyn, Macau jest największym centrum hazardu na świecie.
W Macau zachowało się trochę historycznej architektury. Sercem starego miasta jest plac Senado Square, pokryty typową portugalską kostką chodnikową calçada w biało-czarne fale:

Gdzieś w tej okolicy znajduje tani nocleg. Tak tani, że pokoje to tylko wydzielone z jednej przestrzeni boksy, których ściany nie dochodzą do sufitu. Nocą podczas deszczu woda leje się na podłogę w wielu miejscach. Po za mną białych gości tutaj nie ma.
Po za starym miastem Macau to w większości typowa azjatycka gęsta zabudowa z sklepikami w przyziemiu i wysokimi zaniedbanymi budynkami mieszkalnymi:

By odpocząć udaje się na zielone wzgórze Guia. Ten dzisiejszy park to dawna XVII wieczna forteca zbudowana po nieudanej próbie zdobycia Macau przez Holendrów. Znajduje się tu malownicza kaplica i podobno pierwsza we wschodniej Azji latarnia morska:

Następnego dnia wstaje wcześnie. Pada obfity chłodny deszcz, więc z poczuciem dobrze wykorzystanej pogody udaje się na lotnisko. Macau posiada własne małe lotnisko, które jako tańsze obsługuje więcej lokalnych tanich przewoźników, niż pobliski gigant w Hongkongu. Lecę do Kuala Lumpur. Ciepłe buty nie będą mi już potrzebne, więc po drodze na lotnisko chowam je pod spocznikiem schodów kładki dla pieszych, mogą się przydać w drodze powrotnej.

Posted: 15.01.2007 by Robert Sadłowski

Długa podróż do raju

Phi Phi

Pierwotnie plan był taki by lecieć do Kuala Lumpur nocą (przelot to około 4h więc da się już wypocząć), a kilka godzin później na Phuket. Jednak linie AirAsia zmieniły rozkłady lotów tak, że musiałem przebookować bilet z Kula Lumpur na Phuket na kolejny dzień. Konsekwencją był niespecjalnie chciany nocleg w Kuala Lumpur.
Kuala Lumpur zwiedzałem 2 lata wcześniej, z lenistwa stawiam się więc w tym samym hoteliku w China Town i postanawiam obejrzeć zachód słońca z wieży telewizyjnej Menara, która ma aż 421m wysokości (nie zdażyłem tego zrobić podczas wcześniejszego pobytu). Dzień był pochmurny, ale mam szczęście i podziwiam całkiem malowniczy zachód słońca:


Następnego dnia rano udaje się na lotnisko i wylatuję na Phuket (znowu linie AirAsia). Phuket to najbardziej turystyczna wyspa w Tajlandii, która lata swojej świetności ma już dawno za sobą. Okazuje się, że z lotniska nie kursują żadne publiczne autobusy, jestem skazany na drogą taksówkę. Nie interesują mnie kurorty więc decyduje się na nocleg w Phuket Town. Rezerwuję łódź na kolejny dzień na wyspę PhiPhi i postanawiam jednak obejrzeć turystyczną plażę Patong. Podróż publiczną komunikacją trwa długo, plaża okazuje się zgodnie z przewidywaniami absolutnym niewypałem, a dodatkowo okazuje się, że uciekł mi ostatni autobus powrotny, znowu jestem skazany na taksówkę.
Z ulgą opuszczam Phuket i sporym promem docieram do wyspy PhiPhi co do której mam już konkretne oczekiwania. Centrum wyspy jest bardzo komercyjne i drogie, nie jestem zachwycony:

Idę więc wzdłuż wybrzeża i w końcu znajduję tanie bungalowy. Ich jakość pozostawia jednak wiele do życzenia. Nie chce mi się dłużej szukać. Jest jednak miło, ciepło, zielono i choć drogie są także szejki owocowe. Następnego dnia udaje się na najwyższe wzgórze by zobaczyć panoramę wyspy:

Z góry wygląda to kusząco, ale ta wyspa to nie moje klimaty. Muszę jednak zobaczyć jeszcze najbardziej znaną atrakcję w okolicy, plażę Maya na pobliskiej wyspie PhiPhi Le. Płacę sporo za wypad łodzią, ale również jestem zawiedziony. Podczas przypływu plaża jest pełna turystów, a przy odpływie nie wygląda zbyt atrakcyjnie.
Komunikacja na wyspie PhiPhi mozliwa jest na piechotę lub pomiędzy plażami za pomocą łodzi. Transport łodziami jest drogi. Podczas powrotu robię jeszcze zdjęcie z łodzi fajnego, ukrytego w gąszczu zgrupowania tanich bungalowów:



Posted: 19.01.2007 by Robert Sadłowski

Tajlandia

Chiang Kong

Odpływam do Krabi, gdzie miałem w planie 2dni na plaży Railay, jednak psuje się pogoda, a mnie dopada jakaś choroba. Zmieniam plan i korzystając z czasu który mi pozostał kupuję jednodniowy wypad na zatokę Phang-nga. Jest sporo komercji, największa atrakcja to wyspa z skałą Jamesa Bonda z filmu 1974 roku:

Uciekam autobusem do Bangkoku. Podróż nie jest przyjemna, bo na miejsce docieram grubo przed deklarowanym przez pośredników czasem, czyli w środku nocy. Mam okazje zobaczyć jak wygląda Khao San w drugiej połowie nocy (bo zdecydowałem, że przetrwam i nie biorę pokoju do rana). Przez ostatnie 2 lata od poprzedniego pobytu wiele się tutaj zmieniło, jest bardziej komercyjnie, a prawdziwi turyści przenieśli się bliżej rzeki na ulicę Ram Buttri. W Bangkoku spędzam tylko pół nocy i poranek. Czas ruszać na północ w stronę Laosu, udaje się na niedawno oddane do użytku lotnisko Suvarnabhumi:

Szybko dolatuję do Chiang Rai i jeszcze tego samego dnia publicznym autobusem dojeżdżam do Chiang Kong, miasteczka położonego nad Mekogiem przy granicy z Laosem.
Zatrzymuje się w małym malowniczym hoteliku z widokiem na rzekę:

Posted: 25.01 by Robert Sadłowski

Podróż Mekongiem

Luang Prabang

W planie na dziś jest znalezienie się w łodzi płynącej do Luang Prabang w Laosie. Łodzie nie pływają według rozkładu, nie wiadomo czy cokolwiek dzisiaj popłynie. Najpierw muszę się jednak dostać na drugą stronę rzeki. Mostu nie ma, a usługi przewozu pasażerów przez granicę świadczy jedynie kilka małych łodzi. Formalności wyjazdowe załatwia się po jednej stronie, wjazdowe po drugiej. Znajduję kantor w którym dostaję niemal worek lokalnej waluty i zaczynam szukanie łodzi. Podobno coś ma dzisiaj płynąć, lokalni sugerują czekanie, a później zajmowanie miejsc w jednej z łodzi:

Łódź płynie przez odludzia. Nie ma tutaj miast i dróg, są tylko niewielkie wioski dla których Mekong i łodzie takie jak ta którą płynę są jedynym oknem na świat. Poziom wody jest bardzo niski, podziwiam zdolności kapitana do manewrowania pomiędzy skałami tak dużą łodzią. Klimat jest tutaj wyraźnie chłodniejszy, zapewne z racji górskiej aury i wyższych szerokości geograficznych. Siedząc przez wiele godzin bez ruchu marznę, a przy tym jestem już bardzo głodny. Za to widoki bardzo klimatyczne:

Po drodze mijają nas szybkie łodzie, którymi da się dotrzeć do Luang Prabang w 1 dzień. Podróż nimi jest jednak bardzo niebezpieczne, nie są też zbyt komfortowe (pasażerowie siedzą w kaskach):

Na chwilę przed zachodem słońca dopływamy wreszcie do Pak Beng do celu dzisiejszej podróży:

Tutaj nocują wszystkie większe łodzie, to największa wioska po drodze i chyba jedna do której da się dojechać także drogą lodową. Nie mam już siły na szukanie noclegu, całkowicie zdaje się na małą dziewczynkę, która prowadzi mnie do hoteliku prowadzonego przez swoich rodziców. Pak Beng jest przyjemne, sporo tutaj tanich i bardzo dobrych knajpek i to pomimo tego, że nocą nie ma elektryczności. Nocą jest chłodno, wstaję więc wcześnie i patrzę z okna jak budzi się do życia główna i jedyna ulica:


Po śniadaniu udaje się ponownie na nabrzeże. Widok jest niezwykły:


Chwilę później pojawia się prowizoryczna kasa i rozpoczyna się sprzedaż biletów na kolejny odcinek podróży, już bezpośrednio do Luang Prabang:


Kolejny dzień w łodzi dłuży się jeszcze bardziej. Na szczęście jest cieplej i mam większy zapas jedzenia. Późnym popołudniem dopływamy do jaskiń Pak Ou. Z tego miejsca do Luang Prabang pozostało już tylko 25km, jaskinie wypełnione są setkami figur buddy i z tego powodu stanowią lokalną atrakcję turystyczną:

Po drugiej stronie łodzi równie malownicze widoki na skaliste wzniesienia u ujścia rzeki Nam Ou do Mekongu:

Po 2 dobach w dziczy Luang Prabang wydaje się być metropolią. Luang Prabang to najładniejsze miasto w Laosie, miasto z najbogatszą historią. Trudno dostępna lokalizacja dodaje mu uroku, a górski krajobraz tajemniczości. To przyciąga turystów. Szybko znajduje nocleg, ceny są tutaj znacznie wyższe od tych w Vientiane i innych Laotańskich miasteczkach. Turystów jest sporo, choć komercja nie razi jeszcze w oczy. Nawet wieczorny nocny market ma swój klimat, choć sprzedawane są na nim głównie pamiątki. Wieczorem ze swojego pokoju słyszę śpiewy mnichów w pobliskiej świątyni.



Posted: 27.01 by Robert Sadłowski

Luang Prabang

Luang Prabang

Już od kilku dni obserwuję w prognozach pogody 2 deszczowe dni w środku pory suchej przypadające akurat na czas mojego pobytu w Luang Prabang. Niestety każdego kolejnego dnia prognoza pozostaje niezmienna i staje się przez to bardziej prawdopodobna. I rzeczywiście nocą było już bardzo zimno, a od rana zgodnie z prognozą pada deszcz:

Brak słońca mocno wpływa na temperaturę. Jest zimno i nieprzyjemnie. W zasadzie ciężko o zajęcie inne niż odwiedzanie każdej mijanej knajpy. W Laosie wciąż żywe są Francuskie nawyki kulinarne. Jada się tutaj naleśniki i bagietki. To chyba pierwszy kraj w tej części świata w którym widzę wo ogóle pieczywo takie jakie znamy w Europie. Wieczorem przestaje nieco podać. Przyczajam się do świątyni z której słychać śpiewy mnichów:

Chłodne powietrze odstrasza turystów od nocnego marketu. Sprzedawaniem zajmują się tutaj głównie dzieci, zapewne dlatego iż większość kilkulatków sprawnie korzysta z języka angielskiego (uczą się go w szkołach z zadziwiająco dobrym rezultatem). Starsi mają z tym wyraźny problem.

Następnego dnia pogoda bez zmian. Nie chcę już chodzić bez celu po mieście, negocjuję cenę za transport do pobliskich wodospadów Kuang Si:

Po drodze oglądam Laotańską prowincję, jest bardzo biednie. Na miejscu z ciekawości zapuszczam się w krzaki, gdzie niechcący wpadam w głębokie po kolana śmierdzące błoto. W czasie drogi powrotnej jest mi przez to zimno, ale w zamian udaje mi się zrobić fajne zdjęcie idących ulicą mnichów:

Wieczorem ściśle zgodnie z prognozami niebo zaczyna się przejaśniać i jeszcze na pół godziny przed zmierzchem za chmur wychodzi słońce:

Niemal w samym środku starego miasta Luang Prabang znajduje się góra Phu Si (ma około 100m wysokości), na szczycie której znajduje się niewielka świątynka. Ponieważ to mogła być ostatnia okazja do oglądania zachodu słońca ze szczytu postanowiłem zdążyć jeszcze wbiec na górę zanim zajdzie słońce. Zdążyłem i to pomimo felernych plastikowych sandałów które musiałem tymczasowo nosić. Widok z góry wart był wysiłku:

Następnego dnia od rana pogoda jest już piękna. Nadrabiam więc zaległości w zwiedzaniu miasta. W Luang Prabang w okresie największej świetności było podobno niemal 70 świątyń buddyjskich (niektóre źródła ponadają nawet 100), obecnie zostało ich nieco ponad 30, ale w większości są one bardzo klimatyczne:

Francuzi w okresie kolonizacyjni Indochin traktowali Luang Prabang w sposób szczególny. Formalnie nie była to nawet kolonia, a jedynie obszar będący pod protektoratem Francji. Francuzi zbudowali tu na początku XX wieku wiele budynków, z których część zachowała się do dzisiaj:

Zapędzam się w nowszy obszar miasta. Moją uwagę przykuwa szkolny plac na którym małe dzieci uczą się samoobrony:

Następnego dnia jeszcze przed wyjazdem robię sobie spacer po mieście o wczesnym poranku. Poranne targowisko to artykuły codziennego użytku i żywność - dominują na nim miejscowi:

Posted: 29.01 by Robert Sadłowski

Laos

Vientiane

Wyjeżdżam w stronę Vang Wieng jednym z 3 lub 4 busów dla turystów odjeżdżających tego dnia. Mam szczęście, bo psuje się akurat nie ten którym jadę. Już po kilkudziesięciu minutach podróży mijam pechowców:

Trasa przejazdu to mniej niż 200km, ale podróż wąskimi górskimi drogami zajmuje wiele godzin. Na miejsce dojeżdżam popołudniem i jestem zmęczony. Vang Wieng to oaza wypoczynku z tanimi noclegami, dobrym jedzeniem i atrakcyjną przyrodniczo okolicą idealną do rowerowych lub kajakowych wycieczek.
Wiele lokalnych turystycznych restauracyjek zbudowanych jest na bambusowych wyspach połączonych bambusowymi mostami:

W nocy nie czuję się najlepiej, ale pomimo tego rano wstaję wcześnie i udaje się na długą pieszą wycieczkę do pobliskich jaskiń. Panorama o świcie poprawia mi nastrój:

Kolejnym turystycznym busem docieram do stolicy Laosu miasta Vientiane. To już krótsza i szybsza podróż. W Vientiane zatrzymuje się w pierwszym lepszym tanim hoteliku. Tak przyzwyczaiłem się do niskich laotańskich cen, że rezygnuję z dużego pokoju z tarasem z widokiem na Mekong za 3usd, by spać w małym pokoju bez okien za 2usd. Dopiero po czasie orientuje się, że w sumie stać mnie było na ten lepszy pokój :) Oto widok z okna hotelowego korytarza:

Miasto jest bardzo spokojne, wręcz senne. Niewiele tutaj się dzieje. Szybko zauważam, że wszędzie widzę tych samych białych turystów.
Odwiedzam wzorowany na francuskim łuku triumfalnym pomnik Patuxai, bramę zwycięstwa:

Docieram też do złotej stupy: Pha That Luang. To najważniejszy zabytek Laosu, obecna forma to w większości rekonstrukcja, ale historia tego miejsca sięga podobno 3 wieku naszej ery:

Inne buddyjskie świątynie są tu mniej klimatyczne, niż te w Luang Prabang. Dla przykładu Wat Si Saket:

Wieczór spędzam pijąc laotańskie piwo na bulwarach nad Mekongiem. Laos jest jednym z niewielu krajów w tej części świata, w którym da się kupić tanie piwo (które jest przy tym bardzo dobre).
Rankiem odwiedzam jeszcze lokalne targowisko, kilka lat temu było ono miejscem zamachu bombowego. Na pierwszym planie widać zwykłe tradycyjne pieczywo i francuskie bagietki:

Popołudniem zaczynam zbierać się do wyjazdu do najbliższego tajskiego miasta po drugiej stronie rzeki, z którem planuję nocnym pociągiem dojechać do Bangkoku. Przyznam, że nie sprawdzałem w przewodnikach ile czasu zajmie mi podróż do dworca kolejowego i w ogóle jak ją odbyć. Okazało się, że to nie takie proste, bo to wcale nie jest tak blisko, publiczny transport jest problematyczny i chyba jest już na niego za późno. Dodatkowo podobno przez most na którym znajduje się przejście graniczne nie da się przejść na piechotę. Dogaduję się na transport z jakimś chłopakiem na motorze. Jedziemy dosyć długo, bo on po drodze ciągle staje i z kimś rozmawia. Po próbie kolejnej rozmowy wydaje mi się, że chłopak jest nieco niepełnosprawny umysłowo co wzbudza mój niepokój, ale zdaje nie mam wyjścia, muszę mu zaufać. Dojeżdżamy wreszcie na most, tam dogaduje się z kierowcą jednego z autobusów co pozwala na przejazd przez granicę. Docieram na dworzec kolejowy niemal w ostatniej chwil.

Posted: 1.02 by Robert Sadłowski

Powrót

HongKong

Przejazd pociągiem pozwala wypocząć. Kolej nie jest tutaj tania (często taniej jest kupić bilet na samolot), ale nocne pociągi zapewniają niezłe warunki i są bardzo bezpieczne. Dojeżdżam pociągiem do Bangkoku w godzinach porannych. Lokalny dworzec znam już dobrze:


Mając cały dzień zwiedzam tym razem skupiam się na nowych dzielnicach biuro-handlowych. Jeśli ktoś nie ma w planie dużych i markowych zakupów tę część miasta można sobie darować:


Bangkok nie ma metra i stara się budować system kolei nadziemnej, ale budowa idzie powoli i jak na razie kolej ta nie ma większego znaczenia dla komunikacji w mieście, nawet pomimo uruchomienia połączonej z nią linii obsługującej lotnisko:


Następnego dnia rano jadę na lotnisko. Do Macau liniami AirAsia dolatuję wieczorem. Jest już chłodno, czas pozwala mi już zaledwie na spacer. Okazuje się, że moje ciepłe buty przetrwały nietknięte w ukryciu przez 3tygodnie. Śpię w tym samym miejscu, gdzie na początku podróży, czyli w tanim hoteliku z pokojami w formie kojców :)


Następnego dnia rano promem płynę do Hongkongu, zostawiam bagaż w automatycznej przechowalni i rozpoczynam zwiedzanie. Jest słonecznie, powietrze jest przejrzyste:


Skupiam się na wyspie Hongkong. Odwiedzam Wan Chai i handlową okolicę Causeway Bay która nie robi na mnie specjalnego wrażenia. Dochodzę nawet do toru wyścigów konnych Happy Valley w nadziei, że przypadkiem trafię na jakąś imprezę, ale niestety dzisiaj nic tutaj się nie dzieje i nie będzie się działo. Na pocieszenie coś się dzieje na podwórkowym boisku wciśniętym w intensywną zabudowę:


Po zachodzie słońca odbieram bagaż z przechowalni i promem Star Ferry płynę do Kowloonu, gdzie oglądam jeszcze wieczorny pokaz świateł i zapisuję w pamięci panoramę wyspy Hongkong:


Pozostały mi 2h do odlotu, szukam przystanku z którego odjeżdżają tanie autobusy na lotnisko, dosyć długo czekam na autobus i w końcu na mniej niż 1h przed odlotem docieram na lotnisko. Na szczęście to dobrze zaprojektowany i sprawnie zarządzany port, szybko dopełniam formalności i nawet ze sporym zapasem czasu docieram do gejta. Wracam także liniami Swiss, po starcie samolot zawraca nad miastem, widok robi wrażenie. Do Hongkongu jeszcze z pewnością wrócę.

Posted: 4.02 by Robert Sadłowski