USA NewYork

Pierwsze wrażenie

New York

Nowy Jork jest miejscem, które zna każdy, to niemal miasto-symbol. Nic więc dziwnego, że prawie każdy chce je zobaczyć, także ja. Gdy tylko pojawiły się bardzo korzystne taryfy biletów do NY z Lufthansą, uznałem, że sprawię sobie prezent na urodziny i kupiłem bilet. Udało mi się także namówić do tego kolegę z Gdańska - Andrzeja.
Mieliśmy problemy ze znalezieniem taniego noclegu, tam chyba takich nie ma. Na stronach najkorzystniejszych miejscówek link prowadził do tego samego systemu rezerwacyjnego, nieco podejrzanego. Wyjścia jednak specjalnie nie było. Potwierdzenie otrzymaliśmy.
W dniu wylotu rano byłem jeszcze w pracy. Na odcinku do Monachium leciałem z podróżującym służbowo do Rzymu Romkiem (co śmieszne, jego bilet był droższy od mojego), a w Monachium miałem się już spotkać z przylatującym z Gdańska Andrzejem. Przelot upłynął na miłym wspominaniu czasów studenckich, NY jednak jest stosunkowo blisko. Lotnisko w Newark nie sprawiało dobrego wrażenia, byliśmy jednymi z niewielu pasażerów skorych do jazdy z lotniska autobusem. Być może dlatego, że kursy mijają się rozkładem o ponad pół godziny. Umęczeni podróżą (głównie tą z lotniska) późnym wieczorem dotarliśmy do zarezerwowanego hotelu West Side Inn, gdzie czekała na nas niemiła niespodzianka. Okazało się, że nie było wolnych pokoi. Owszem, nasza rezerwacja była ważna i potwierdzona, ale pokoi nie było... Portier rozłożył ręce i zalecił szukanie innego noclegu, bo przecież było już późno. Nie mieliśmy wyjścia. Nie wiedząc jak uda się rozwiązać sprawę, szukaliśmy czegoś taniego, a jedyne, co znaleźliśmy, to hotel na Harlemie zdominowany przez czarnych. Pokoje całe w lustrach i nie było takich z odrębnymi łóżkami. Wzięliśmy, co było.
Następnego dnia wróciliśmy do naszego pierwotnego hotelu, gdzie na szczęście oddali nam pieniądze za wczorajszy epizod i otrzymaliśmy już właściwy pokój na kolejne dwie noce. Wreszcie mogliśmy wyjść na miasto i udaliśmy się w stronę dolnego Manhattanu. Stacje metra mają tam pewien urok, ale są wyjątkowo prymitywne i zaniedbane:

Okolice Wall Street niestety także wyglądają co najmniej skromnie. Dużo tam surowego, brudnego betonu. Architektura jest brzydka:

Największą atrakcją jest byk:

Jedynie starsza zabudowa jakoś się broni:

W miejscu WTC praca na całego:

Udaliśmy się w stronę Mostu Brooklińskiego, okolica jest tam drastycznie zdewastowana, Little Italy to wcale nie little brud. Sam most wyraźnie w opłakanym stanie, farba złazi płatami, a drewniane elementy wykończenia zachowały się może w 10%...:

Udało się jednak zrobić ciekawe zdjęcie:

Uciekliśmy więc na Times Square, ta okolica przynajmniej tętni życiem, ale przestrzeń jest niewielka, ciągle w dużym stopniu zdominowana przez ruch samochodowy, a okoliczne elewacje przymusowo obwieszone reklamami - w większości to straszny kicz:


Wszędzie pełno reklam premier Broadwayowskich sztuk i musicali. Niestety, w większości to adaptacje ostatnich hitów kinowych. Uciekamy dalej, tym razem do Central Parku - to miejsce wreszcie nas nie rozczarowuje. Jest sobota, park jest pełen ludzi, jest zadbany i trzyma pewien poziom. Warto dodać, że obecny stan Central Parku to zasługa organizacji Central Park Conservancy, której udało się zebrać pieniądze (wcale nie publiczne) na renowację parku na początku lat 80-tych.


Wieczorem zdecydowaliśmy się dać kolejną szansę Times Squareowi, ludzi jest jeszcze więcej niż w ciągu dnia, jest życie, ale nie wywiera to na mnie specjalnego wrażenia:

Przy okazji obejrzeliśmy kolejne stacje metra i upewniliśmy się, że większość z nich zostałaby zamknięta w Europie z powodu niespełniania podstawowych wymagań użytkowych: słaba wentylacja, zerowe bezpieczeństwo pożarowe, klaustrofobiczne przestrzenie. Stany Zjednoczone to jednak liberalny kraj:

Posted: 11.09.2009 by Robert Sadłowski

Metropolitan Museum of Art i Statua

New York

Następnego dnia od rana padał deszcz. Uznaliśmy, że to dzień na muzea. Na początek: Metropolitan Museum of Art. Muzeum zbiory ma spore, ale sposób ich prezentacji odbiega już od współczesnych standardów, jest bardzo klasycznie:

Nawet współczesna sztuka nie rzuca na kolana:

Ciekawy jest gmach główny:

Wreszcie przestało padać, wyszliśmy na zewnątrz, co krok obserwując bardzo patetyczne objawy patriotyzmu:


Po drodze odwiedziliśmy ciekawy i powszechnie znany budynek dworca Grand Central. Budynek ma około 100 lat, a dopiero niedawno doczekał się gruntownego remontu, bo wcześniej też był ruiną.

Udaliśmy się na przystań dla statków przy rzece Hudson. Przy rezerwacji biletów expedia obdarowała nas darmowym voucherem na rejs wycieczkowy. Pełni obaw po przygodzie z hotelem, postanawiliśmy sprawdzić, czy voucher zadziała. Nie tylko zadziałał, ale chwilę po wypłynięciu znacząco poprawiła się pogoda:


Całkiem zadbany pirs w dolnym Manhattanie:

Wyjątkowo surowy waterfront części biznesowej (blisko Ground Zero):

Empire State w chmurach:

I na koniec: Intrepid Sea-Air-Space Museum, z jednym z oryginalnych egzemplarzy Concorda:

Zjedliśmy obiad i odpoczęliśmy nieco w naszym apartamencie (przez całe wcześniejsze zamieszanie tym razem dostaliśmy apartament składający się z dwóch pokoi). Przy okazji byliśmy świadkami afery w recepcji. Inni turyści znaleźli się w sytuacji podobnej do nas, mieli rezerwacje, ale pokoi nie było. Pora była znacznie wcześniejsza niż w naszym przypadku, więc poszkodowana para łatwo nie odpuszczała. Gdy inni lokatorzy hotelu, przechodzący akurat obok, także potwierdzali, że hotel praktykuje overbooking i zostawia klientów na lodzie, sprawa zaczęła zmierzać w kierunku wezwania policji. Nie wiem co było dalej, wyszliśmy, ale radzę omijać hostel West Side Inn. Generalnie w NY łatwo zostać oszukanym, trzeba uważać nawet w oficjalnych kantorach.
Na zachód słońca w poburzowej aurze postanowiliśmy iść na taras widokowy Rockefeller Center (taniej niż Empire State i prościej o zniżki). Do tego chyba lepsze widoki, bo widać dobrze Central Park:

Widok na drugą stronę: Empire State oraz widok na dolny Manhattan w oddali:


Posted: 13.09.2009 by Robert Sadłowski

5 Aleja

New York

Następnego dnia z samego rana zjedliśmy jajecznicę w typowej śniadaniowej restauracji w naszej okolicy (typowej, bo brudnej) i podziwialiśmy uroki naszej dzielnicy Upper West Side i skraj Harlemu:

Później zwiedziliśmy Midtown, idąc wzdłuż Piątej Alei. Początkowo boczne ulice wyglądały typowo dla NY, czyli nieciekawie:

Lecz im bliżej okolicy FlatIron Buliding, tym zabudowa lżejsza i czyściej:

Na uwagę zasługują także tutejsze parki:

Trafiliśmy jeszcze na chwilę na Wall Street, gdzie ucharakteryzowana grupa pozowała do zdjęć:

Popołudnie spędziliśmy w zdecydowanie najciekawszym obszarze miasta, czyli w Central Parku:

Widać, że zabudowa rezydencjonalna dookoła parku to zdecydowanie wyższa półka, jednak lata jej świetności to połowa XIX wieku:



Na koniec Muzeum Guggenheima Franka Lloyda Wrighta. Mimo że to budynek z połowy ubiegłego wieku, nadal trzyma poziom i bez problemu broni się przed późniejszą architekturą Nowego Jorku:


Nowy Jork to miasto z ciekawą historią, ale obecnie to bardziej twór marketingu, niż miejsce w którym chciałoby się mieszkać. Nowy Jork zdecydowanie nie radzi sobie z gonieniem swojego wyraźnie przereklamowanego wizerunku. System komunikacji publicznej jest w miarę sprawny, ale jakość, jaką oferuje, jest niska. Chodzi głównie o estetykę i słabe parametry użytkowe. Dodatkowo łatwo tutaj paść ofiarą oszustów, nigdy nie wiesz, kto jaką prowizję za co weźmie. Turystów to jednak nie zraża. Jeśli chodzi o USA, ja jednak proponuję znacznie ciekawsze i przyjaźniejsze San Francisco.

Zbliża się wieczór, pora na powrót do pracy. Autobus na lotnisko także się spóźnił, Jersey to już spore korki, ale mieliśmy dużo czasu. Newark dla odlotów to bardzo nieciekawe lotnisko. Przy odprawie zabrano mi bagaż podręczny (czyli jedyny bagaż), a wagę przekraczał moim zdaniem w granicach dopuszczalnego błędu. Terminale podzielone są na strefy, pomiędzy którymi nie da się przemieszczać, co eliminuje konkurencję pomiędzy sklepami i knajpami. Za piwo zapłaciłem ponad 10 USD, a kelner obraził się, gdy dostał za nie tylko 2 USD napiwku. Przypomniałem sobie, że z bagażu nie wyjąłem kluczyków od samochodu, więc jeśli nie zdążą mi przepakować bagażu w Monachium (a miałem krótką przesiadkę), to i tak będę koczował na lotnisku w Poznaniu w oczekiwaniu na bagaż. To źle, bo planowałem od razu po przylocie jechać jeszcze na 4h do pracy. Jak na złość, przed wylotem w okolicach portu rozpętała się burza, czego efektem było ponad godzinne opóźnienie, ale samolot sporo strat odrobił przed lądowaniem. Zdążyłem nawet na swoją przesiadkę do Poznania (Andrzej już nie zdążył) i przez okno widziałem, jak w ostatniej chwili dojeżdżał mój bagaż. Byłem uratowany.
Sporo wrażeń jak na weekend:)

Posted: 15.09.2009 by Robert Sadłowski