PERU-BOLIWIA

MAPA

Przylot do Peru

Pisco

Ponieważ wylot był z Berlina pierwszy odcinek trasy odbyliśmy pociągiem. Wieczorem siedzieliśmy już w knajpce przy hotelu w Madrycie (w cenie biletu), a kolejnego dnia z samego rana udaliśmy się znow na Barajas. Pożegnaliśmy Europę z góry, przelatując nad Lizboną, by po kilku godzinach wlecieć nad obszar Brazylii. Amazonia robi wrażenie. Las ciągnie się poza zasięg naszego wzroku, żadnych śladów życia, ani cywilizacji. Dopiero Andy dają wyraźna zmianę krajobrazu, w świetle zachodzącego słońca wyglądają niesamowicie. Szczególnie, że już po zachodniej stronie ziemię przykrywała gęsta mgła, kryjąca wszystko po za postrzępionymi szczytami podnóża Andów.

W Limie wylądowaliśmy o siódmej wieczorem czasu lokalnego. Odprawa odbyła się bez problemów, a z lotniska odebrała nas pani Maria Kralewska-Canchaja. Pojechaliśmy do wcześniej zarezerwowanego hostelu Mandarin (6,5$).
Po odpoczynku, następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie: zwiedziliśmy Muzeum Złota, o którym i jego eksponatach z pewnością mało kto wie więcej od pani Marii, zobaczyliśmy Pacyfik oraz trochę więcej miasta niż wczorajszego wieczoru, a wszystko przy bezchmurnym niebie, co w Limie zdarza się niezwykle rzadko. Po za tym kupiliśmy bilet powrotny z Cuzco do Limy liniami TansPeru (69$).

Przejazd z Limy do Pisco to pierwsze pustynne krajobrazy zachodniego wybrzeża Peru.

Mieliśmy nadzieję, że uda nam się obejrzeć wyspy Ballastas (tzw. małe Galapagos) zaraz przy przyjeździe, jednak okazało się, że z powodu dużych fal i małych łodzi jest to możliwe tylko wczesnym rankiem. Wyspy musiały poczekać, a my poszukaliśmy noclegu oraz miłej knajpki na wieczór.

Z samego rana, w świetle wschodzącego słońca byliśmy już na przystani. Droga na wyspy szybką łodzią zajmuje okolo 45minut. Ballastas to piękne miejsce. Są to białe skały wystające z morza, zamieszkałe przez potężną ilość ptaków, lwów morskich, pingwinów i Bóg jeden wie, jakich zapomnianych przez ludzi stworów czyhających w rozlicznych, a ciemnych jaskiniach, ziejących paszczami otworów wśród kipiących fal.

Nieopodal tych wysp, na stokach gór spadających do morza, jakaś nieznana cywilizacja wyryła potężny symbol - kandelabr:

Z Pisco niemal biegiem ruszyliśmy poprzez Ice do Nazca. Sam przejazd okazał się dość emocjonujący. Przesiadaliśmy się kilka razy, korzystaliśmy z różnych środków transportu i mięliśmy bezpośredni kontakt z lokalnym folklorem. Droga wiedzie dalej na południe, wzdłuż wybrzeża, przez bezkresna pustynie.
Do Nazca dotarliśmy po południu, w okolicach czwartej. Szybko, niezwykle szybko, załatwiliśmy przelot awionetką nad liniami na płaskowyżu Nazca. Kosztowało nas to 40usd. Jest wiele hipotez na temat pochodzenia oraz przeznaczenia tych tajemniczych znaków, które w sumie zajmują obszar ponad pięciuset kilometrów kwadratowych. Dla niektórych te linie stanowią wielką mapę wszechświata, postrzeganego przez ludzi zamieszkujących te tereny, inni powiadają, że płaskowyż to największe obserwatorium astronomiczne na Ziemi, jeszcze inni, że to ofiara dla bogów przebywających w tak zwanym górnym świecie.

O jedenastej w nocy wsiadamy w autobus, który zawiezie nas do Arequipy.

Posted: 21.05.2002 by RS

Arequipa

Arequipa

Autobus z Nazca do Areqipy jedzie ponad 9 godzin. Jedziemy w nocnej mgle po drodze usianej ostrymi zakrętami często na półkach skalnych, poniżej których o stromy brzeg rozbijają się fale Pacyfiku, raz zupełnie blisko, a innym razem niknąc we mgle, niczym pod chmurami, gdyby nie ostre hamowanie przed każdym zakrętem czulibyśmy się jak w samolocie, to cud że jeszcze żyjemy. O 9 rano jesteśmy w Areqipie. Taksówką za 4 sole, dojeżdżamy do polecanego przez Panią Marię hotelu La Reina niemal w centrum (12 soli). Samo śródmieście pełne jest starych kościołów oraz malowniczej kolonialnej zabudowy pohiszpańskiej. Arequipa to drugie co do wielkości miasto w Peru.
Główne centrum miasta - Plaza De Armas - jest prześlicznym placykiem, po którym kreci się mnóstwo turystów.

W hotelu, w którym nocujemy, kupujemy wycieczke na wulkan Misty ( 5820m - 37,5 usd). Wyprawę do kanionu Colca postanawiamy zorganizować we własnym zakresie. Decydujemy się na 3 dni i nie dajemy z siebie zedrzeć po 30 usd na głowę.

Mija już siódmy dzień odkąd wyjechaliśmy z Polski. O 11.45 siedzimy w autobusie do Cobanaconde. Jedziemy ponad 5 godzin (12 soli). Na wysokości od 2 tys. do 4 tys. metrów n.p.m. Oczy nasze cieszą się przepięknymi widokami z mijanych wzgórz i szczytów gór. Przez dwie godziny jedziemy wzdłuż Kanionu Colca - robi wrażenie.

Na miejscu udajemy się do hotelu Fuego - polecany przez spotkanych w Pisco Belgów (5 soli). Plus najlepszy obiad jaki dotychczas jedliśmy w Peru (stek z lamy - 5 soli). Od właściciela dostajemy mapkę z zaznaczonym zejściem do Kanionu. Oczywiście, przed snem nie zapominamy o filiżance Mate de Coca.
Następnego dnia rano pobudka. 7 am. - siedzimy już w autobusie jadącym do punktu widokowego Cruz de Condor, aby oglądać kondory.

Po 10am jesteśmy już w Cobanaconde - szybki obiadek i o 12-ej schodzimy w dół Kanionu. Przejście ponad 1100 metrów zajmuje nam niecałe trzy godziny. Widoki są przepiękne, trudne do opisania, po prostu trzeba to zobaczyć. Na dnie Kanionu - to co nas spotyka przechodzi nasze wyobrażenia. Są tam dwa ośrodki wypoczynkowe, na typ Bungalow - wybraliśmy Oasis, polecany przez znajomego (10 soli). Mieszkamy w domku z bambusów, zaraz nieopodal basenu, z ciepłą wodą spływającą z gór, podgrzewaną promieniami słońca na wysokości 2200 m n.p.m. - niesamowite. W całej okolicy nie ma prądu.
Tu spędziliśmy noc.

Na kolację upatrujemy sobie świnki morskie hodowane przez jedną z rodzin (podobno regionalne danie). ¨Przyrządza nam je właściciel Oasis (10 soli). Opisanie tej kolacji pominę. Dostałem głowę z zębami, cztery nóżki i tułów z którego po 15 minutach uzyskania jakiegokolwiek mięsa dałem sobie spokój. Najbardziej zawzięty okazał się Robert, który walczył z daniem ponad pół godziny. Nie polecam tego typu dania dla osób wyjątkowo głodnych. O szóstej rano następnego dnia rozpoczęliśmy wędrówkę w górę kanionu (niecałe 3 godziny i jesteśmy już w Cobanaconde). A po 2 godzinach jedziemy już do Areqipy. Po drodze można zatrzymać się w Chivay, autobus i tak zawsze zatrzymuje się tam na 2 godziny, więc można odwiedzić ciepłe źródła (5 soli). Wieczorem jesteśmy w Areqipie, gdzie spędzamy kolejną noc. Rano czeka nas wyjazd na Misty.

Posted: 27.05.2002 by RS

El Misti

Arequipa

W środę o godzinie siódmej rano wyruszyliśmy w stronę Misti z plecakami pełnymi niezbędnego sprzętu. Chcieliśmy wspiąć się na dach naszego świata i poznać tajemnice olbrzyma. Kilka ciężkich godzin zajęło nam dotarcie do bazy, z której mięliśmy przypuścić atak na szczyt. Baza znajdowała się na wysokości 4600 metrów nad poziomem morza. Jakże wielki czuliśmy respekt przed tą górą. Nie wiedzieliśmy, co nas tam czeka, nie znaliśmy trudności piętrzących się na drodze, nie wiedzieliśmy, jak zareagują nasze organizmy na tak dużą wysokość. Wszak Misti ma 5825 metrów nad poziomem morza... Wiele było niewiadomych.

Na początku czuliśmy się bardzo dobrze. Powoli zdobywaliśmy każdy metr przewyższenia, świat uciekał nam spod stop ginąc powoli w oddali. W miarę nabierania wysokości coraz wyraźniej dawał się we znaki zdecydowany brak tlenu, spowolniły się reakcje, delikatna mgła otuliła głowę. Wreszcie, późnym popołudniem, na wysokości 4600 metrów rozbiliśmy obóz. Tutaj każdy wysiłek musiał być przemyślany. Gwałtowne ruchy powodowały, że organizm rozpaczliwie wołał o tlen. Pojawiły się pierwsze objawy choroby wysokościowej. Po kolacji padliśmy w namiocie zamykając się w czeluści własnego cierpienia. Co za koszmar, do dziś pada na mnie blady strach, kiedy przypominam sobie, co się działo. To była straszna, kompletnie nieprzespana noc. Każdy ruch okupiony był potężnym bólem głowy. Nawet mały wysiłek stawał się problemem. Cóż, nie ma co ukrywać, nie byliśmy przyzwyczajeni do takiej wysokości.
O wpół do drugiej w nocy przewodnik szarpnął namiotem i przekrzykując wiatr rzucił krotko, że nadszedł już czas. Po stokach Andów rozległ się potężny lament, kiedy każdy z nas zakomunikował światu, jak paskudnie się czuje. Rzuciłem okiem na twarze współtowarzyszy niedoli i podziękowałem bogom, że nie mam dostępu do lustra. O śniadaniu nie miałem nawet co marzyć. Nic nie chciało mi przejeść przez gardło. Ledwie wmusiłem w siebie mate de coca.
Powstało pytanie, czy iść w górę, kiedy tak fatalnie się czujemy? Przecież do szczytu pozostało 1200 metrów w pionie. Ciężka decyzja. Uznaliśmy, że spróbujemy przejść sto metrów przewyższenia, jeśli będziemy nadal się źle czuli, to wrócimy. Spakowaliśmy plecaki i niczym cztery cienie ruszyliśmy w noc. Po pięciu minutach Justyna zawróciła, niedługo później zrezygnował Robert. Na placu boju pozostaliśmy Pietras i ja.
Co to była za noc. Ręce i nogi miałem skostniałe z zimna. Wiatr wdzierał się pod ubranie i odbierał resztki i tak już nadwątlonych zapasów energii. Omal nie odmroziłem sobie palców u nóg zbyt mocno ściśniętych twardą skorupa butów. Na szczęście odpowiednio wcześnie rozluźniłem sznurówki. Trupie światło księżyca nieznacznie rozświetlało piętrzące się nad nami głazy. Pietras szedł przede mną. W pewnym momencie, kiedy minąłem potężny załom skalny zobaczyłem przed sobą ciężko dyszącą ciemną postać opartą o wystający głaz. Kiedy moja czołówka rozświetliła twarz biedaka, zobaczyłem ciemne, spękane od zimna usta i błyszczące w cierpieniu oczy. Ja nie byłem w lepszej kondycji. Z czasem zaczęliśmy coraz bardziej odstawać od grupy
Oprócz nas, pod skrzydłami przewodnika górę zdobywały cztery osoby z rożnych stron świata. Brazylia, Stany, Szwajcaria, Irlandia. Oni czuli się dość dobrze, nas złożyła choroba wysokościowa. Przewodnik na moją prośbę szedł wolno, przystawał od czasu do czasu czekając na nas, na postojach pytał, czy wszystko w porządku. Ja natomiast pamiętam niemal każdy krok, każdy oddech z trudem wydzierany górze. Pod koniec wspinaczki zaczęliśmy sobie wyznaczać odcinki, które przebędziemy bez zatrzymywania. Jakiś głaz błyszczący w mroku, plama piachu, zakręt ścieżki. Potem opieraliśmy się ciężko na czekanie i łapaliśmy tlen. Wreszcie, całą nieskończoność po opuszczeniu bazy, zobaczyliśmy w oddali krzyż znajdujący się na szczycie wulkanu. Pozostało przebyć kilkaset metrów zmrożonego śniegu i stanęliśmy na chwiejnych nogach nad dymiącym kraterem, jeszcze nie do końca rozumiejąc, że udało nam się tego dokonać. Pokonaliśmy własną słabość, strach i ból. Woda w mojej butelce zamarzła...
Na dół spadaliśmy niecałą godzinę zbiegając żlebem wypełnionym pyłem wulkanicznym. Po czymś takim zsuwa się razem z małą lawinką piachu i małych kamyczków. Tysiąc metrów w dół wykręciliśmy w jakieś czterdzieści minut. Do bazy dotarliśmy w okolicach południa, gdzie zaopiekowali się nami Justyna i Robert.
To nie był jeszcze koniec mordęgi. Czekało nas jeszcze zejście z bazy znajdującej się na wysokości 4600 metrów. Na szczęście, po niemal dziesięciu godzinach, poczuliśmy ciepło. Wypiliśmy rosołek, nasączyliśmy swoje ciała wodą, zwinęliśmy obóz i rozpoczęliśmy długie zejście do stop Misti.

Posted: 30.05.2002 by Kuba

Jezioro Titicaca

Puno

Dzień po powrocie z Misty przeznaczamy na regenerację sił. Dopiero o 16.00 wyjeżdżamy do Puno (15 soli klasa economico, plus 1 sol za wejście na terminal). Na miejscu jesteśmy o godzinę później niż było w planie, przed 24.00, bierzmy taksówkę do hotelu Margerita (12 soli od osoby, bardzo przyjemny hotelik). Aplikuję parę drągów, gdyż przekleństwo Misty jeszcze mnie trzyma i idę spać.
W dzień dziecka budzimy się w końcu wypoczęci i z nowym zapasem sił odnajdujemy biuro Judith, znajomej Marii Cachayi, gdzie po pertraktacjach wykupujemy 2 wycieczki - na Sillustani za 13 soli i na jezioro Titikaka - 20 soli.
Puno nie należy niestety do najładniejszych miast Peru, jest brudne i brzydko zabudowane, zresztą kwestia gustu.

Droga do pomnika pierwszego inki Manco Capac to sterta śmieci szkła i psich odchodów. Dodatkowo spotkała nas tu najgorsza porażka kulinarna, zamówiony obiad, w restauracji wyglądającej na porządną, okazał się zupą z wody i surowym makaronem, który nie nadawał się do zjedzenia, a to wszystko podane przez kucharza z podbitym okiem (pewnie jakiś niezadowolony klient). Zajście to zupełnie zniechęciło nas do tego miasta.
Wjazd na Sillustani zaplanowany na 14.00, tego samego dnia, okazał się ciekawie spędzonym czasem, mimo iż nie zachowało się dużo z grobowców kultury Collos - wysokich kuranów w kształcie kominów, zniszczonych przez czas, naturę i ludzi.

O 7 rano, przyjeżdża po nas bus, wpadamy do środka i po 10 minutach już jesteśmy w porcie. Tam już czeka na nas łódź. Do środka wchodzi około 20 osób, mieszanka wszelkich narodowości, oczywiście najbardziej słychać Polaków (okazuje się, że nasz przewodnik zna jedno polskie słowo, kiedyś przyjechali do niego Polacy i chcieli zjeść kaske - mówi dumnie. Wyjaśniamy mu jego błąd językowy, co prowadzi do śmiechu, potem przez całą drogę powtarza - kaska, kaska...
Na jeziorze jest dość chłodno, mimo iż pogoda jest bardzo ładna. Przed 9.00 dopływamy do pływających wysp Uros - osobiście jestem bardzo mocno zdegustowany. Wyspy i żyjący tam ludzie są bardzo turystycznie nastawieni, wszystko na pokaz, a poprzebierane dzieci latają z wyciągniętymi rękoma. Jednym słowem widowisko ze sklepikami trzcinowymi kanou i wypchanymi ptakami.
Odwiedzamy kolejną pływającą wyspę, na której sytuacja się powtarza. Dopiero słowa przewodnika o tym, iż są też wyspy na których nie lubią turystów, i ludzie żyją jak ich przodkowie, uspokają nas - jeszcze są miejsca, których nie zniszczyła turystyka.

Następnie płyniemy na Taqillę, nie jest co prawda to wyspa pływająca, ale po dopłynięciu (ponad 2 godz.) mamy wrażenie, jakbyśmy byli na greckich wyspach (co prawda nikt z nas nigdy nie był w Grecji). Wysepka jest prześliczna, a do tego słoneczko ładnie przygrzewa.
Osiedle mieści się na samej górze, właśnie odbywa się msza w kościele, po której następuje na placu przemówienie starszego rady (wszyscy ubrani w tradycyjne stroje) Tutejsza ludność żyje w przedziwnej społeczności - po równo każda rodzina dzieli się dobrami jakie do nich dochodzą (tzn. jeśli turysta chce przenocować na wyspie, to przydzielana jest mu rodzina przez rade, itp.) Rada składa się z przedstawicieli 26 najbardziej szanowanych głów rodzin w wiosce (tak mi się przynajmniej wydaje).

Po południu wszyscy idziemy na obiad do jednej z rodziny (za 8 soli ). Dostajemy bardzo dobrą zupę z kinly i stek z lamy z frytkami.
Odpływając zabieramy ze sobą dobre wspomnienia z pobytu na Taqille. Tuż po zachodzie słońca jesteśmy z powrotem w porcie w Puno. Bus rozwozi wszystkich do hotelu. Wieczorkiem jeszcze szybka kolacyjka w pobliskiej restauracji.

Posted: 03.06.2002 by Kuba

Pierwsze dni w Boliwii

La Paz

O 8 rano wyjeżdżamy do Desaguadero (5 soli za bus), przed południem jesteśmy na przejściu granicznym, miejsce bardziej podobne do wyludnionego miasteczka z amerykańskich westernów, niż granicy dwóch państw, którego nikt nie pilnuje - żadnych żandarmów, żadnego ruchu. I oczywiście przechodzimy przez granice niesprawdzeni, ale cofamy się po informacji uzyskanej od mieszkańca, że przejść możemy, ale nas z powrotem nie wpuszczą. W jednym z baraków, podbijają nam paszporty, teraz możemy iść dalej spokojnie.
Znajdujemy bus, który kursuje do La Paz i za 4 sole (po targowaniach zgadzają się zawieźć nas do Tiwanako - kolejnego celu naszej wędrówki). Mijamy po drodze kolejny punkt kontroli granicznej. Wysadzają nas na drodze i wskazują przybliżony kierunek, do którego mamy się kierować.

Na miejscu w muzeum, wymieniamy dolary na boliwiano, po korzystniejszym kursie niż oferowali nam na granicy i dołączamy się za 15 boliwiano do wycieczki Holendrów z przewodnikiem (właśnie przyjechali z La Paz). Ruiny naprawdę ciekawe i warte zobaczenia, po jednej z pierwszych cywilizacji na terenie Andów, której historia jest datowana na 1500 lat p.n.e. (standardowy punkt wycieczek).
Po 3 godzinach ciekawie spędzonych na terenie kompleksu udajemy się wspólnie z naszymi nowymi znajomymi do La Paz, pomagają nam znaleźć hotel - zatrzymujemy się w Alem na ulicy Sagarnaga - przytulny i co najważniejsze tani (20 b), zaraz koło targu czarowników. W końcu jakaś uczta dla naszych zmęczonych żołądków, znajdujemy restaurację, do której wracaliśmy potem jeszcze parę razy, gdzie jemy najlepiej przez cały okres naszego pobytu (LAYQa na ulicy Sagarnaga za 20 b. 2 posiłki z przemiłą obsługa i barem sałatkowym, dość elegancko).

Zwiedzamy wieczorem miasto, a rano mamy zdecydować co robimy? Czy jedziemy do Uyuni, czy do dżungli?

Posted: 09.06.2002 by

Altiplano

Uyuni

Po godzinie jazdy przez pustynię dojeżdżamy do Salar de Uyuni - pustyni solnej, obejmującej ok. 200 km2. Nieprawdopodobny widok, jakby się widziało śnieg, a jednak to nie on:

Spędzamy tam chwilkę i udajemy się Isla Inkahuasi:

Kiedyś była to wyspa koralowa, teraz porośnięta jest olbrzymimi kaktusami.
Zostajemy na niej 2 godziny, jemy przygotowany przez przewodnika posiłek (bardzo miła osoba) i udajemy się dalej, jadąc w stronę granicy argentyńskiej. Nocleg w San Juan. Robi się na tyle zimno, że trzeba się jakoś dogrzewać, oczywiście skorzystaliśmy z miejscowych trunków - Singari za 30 boliwiano skutecznie podtrzymało nasze nastroje.
Następnego ranka wyjeżdżamy dalej w stronę kolorowych lagun (warunki mieszkaniowe polowe, jedzenie niedobre, woda tylko zimna, brrr, na dworze mocny chłodny wiatr). Jedziemy przez cały dzień z drobnymi postojami, mijając przepięknie kolorowe laguny, mieniące się w różnych kolorach.

Nocleg w parku narodowym przy lagunie Colorada. O 5.00 rano wyruszamy oglądać wschód słońca nad Andami. Wyjeżdżamy na wysokość ponad 4000 m n.p.m, by o 8.00 rano dojechać do wyziewów siarczanych. Następnie zahaczamy o gorące źródła, gdzie wygrzewamy nasze zmarznięte kości, cały czas towarzyszą nam lamy, alpaki, flamingi, a to wszystko ubrane w przepiękne pustynno-górskie widoki. Ostatnia laguna Verde, nad która góruje jeden z najwyższych wulkanów na świecie Llicancahur, zachwyca nas.

Tutaj rozstajemy się z Piotrem i Moniką, oni jadą dalej na pustynię Atacama, my zawracamy w stronę Uyuni. Zataczając koło pod koniec dnia zbliżamy się do końca podróży, po drodze cmentarz pociągów i jesteśmy w Uyuni, wymarznięci może troszkę, ale niesamowicie zadowolenie z tego wyjazdu. Do tej pory uważam, iż było to najpiękniejsze miejsce z jakim się spotkałem przez te 28 dni podróży.
Następnie powrót tym okropnie trzęsącym się autobusem i o 8.00 rano jesteśmy już w La Paz (pierwsze co robimy, to idziemy na obiad do naszej ulubionej restauracji).

Posted: 12.06.2002 by RS

Powrót do Peru, Machu Picchu

Cuzco

Bilet do Cuzco kupujemy na dworcu (z tych tańszych). Okazuje się zakupem nietrafionym, nie dość, że autobus jechał 5 godzin dłużej, to w dodatku jesteśmy na miejscu o 3.00 rano i szukaj hotelu.
Jednak najpierw z La Paz jedziemy w kierunku Copacabany, gdzie po 2 godzinnym postoju przesiadamy się do większego autobusu. Przejeżdżamy przez granicę - dość długa odprawa (na granicy stoi kilkanaście autobusów z turystami ) i po 18.00 jesteśmy w Puno (znów to straszne miasto), mamy 2 godz., więc odwiedzamy Internet, zresztą nic ciekawszego tu nie ma.
Taksówka zawozi nas na dworzec w Puno, skąd bierzemy autobus do Cuzco (tyle co udaje się nam uciec przed gradem). Droga w miarę spokojna i jedzie się dość przyjemnie - dostajemy nawet po filiżance herbatki. Z dworca w Cuzco taksówka zawozi nas do hotelu Tumi 1 - w centrum miasta. Zmęczeni kładziemy się spać na te kilka godzin, żeby jutro zacząć w miarę przytomnie nowy dzień. Oto nasz hotel:


Już od rana zaczynamy zwiedzanie miasta - kupujemy specjalną przepustkę, która pozwoli nam wejść do większości zabytków i muzeów na terenie Cuzco i pobliskich ruin.
Cuzco to ładne miasto, w miarę czyste, nastawione na turystów, których momentami widzi się więcej niż mieszkańców. Mnóstwo atrakcji, jest oferowanych przez biura podróży (przelot balonem nad Andami i Machu Picchu, wyjazd samochodami terenowymi, na koniach, spływy rzeką, przejście szlakiem Inków). Mnóstwo atrakcji, ale niestety kosztownych.

My zmierzamy w jednym kierunku, po drodze zatrzymując się i zwiedzając pobliskie ruiny. Cel to Aguas Calientes, tam nocujemy, a o 5.00 rano chcemy wyjść na szlak, prowadzący do Machu. Turystów jest zatrzęsienie, a ceny wygórowane, sam pociąg z Ollantaytambo (dostaliśmy się busem z Cuzco) do Aguas kosztuje 10 USD.
Budzimy się o 4.45 - chcemy być pierwsi na górze, żeby zobaczyć wschód słońca. Pierwsze autobusy wyjeżdżają o 8.00 godzinie, wiec będziemy mieli chwile spokoju żeby podziwiać Machu Picchu.
Jest jeszcze ciemno, idziemy wzdłuż rzeki Urubamba. Najdziwniejsze jest to, że szlak nie jest dobrze oznaczony , praktycznie nie widzimy, czy kierujemy się w dobrym kierunku, a nie ma nikogo, żeby zasięgnąć informacji. Po drodze ma być stacja kolejowa. Jest faktycznie, ale okazuje się zamknięta od 4 lat (a przecież tam mieliśmy kupić bilety powrotne!) Jutro pociągi nie jeżdżą z powodu strajku, więc może być problem z biletami - trzeba się wrócić i kupić w Aguas - godzina w plecy.
Dzielimy się na 2 grupy, jedna leci w dół do miasta (kasę otwierają o 6.00), żeby kupić bilety, ja z Kubą bierzemy rzeczy Justyny i Roberta i walimy pod górę. Chyba wtedy nie miałem formy, bo to wchodzenie mi topornie szło, wręcz strasznie - idzie się pod górę po schodkach ok. 1 godzin. Jest to praktycznie granica dżungli, więc jest gorąco i dość duszno.
Po wielkim wysiłku i częstych przerwach jesteśmy już na górze przed bramą. Tu musimy czekać całą godzinę na naszą drugą połowę, docierają przed 8.00 rano, (trochę się wściekam, że tak długo im to zeszło - zaraz przyjadą pierwsi turyści autobusami, a chcieliśmy wejść przed nimi).
Wschód słońca obserwowaliśmy sprzed bramy wejściowej do Machu - piękny widok.

10 dolarów wejście na obiekt, spędzamy w środku prawie cały dzień, schodzimy dopiero po 15.00.
Bilety udało się kupić za 20 USD do Ollantaytambo (praktycznie ostatnie - inaczej musielibyśmy 2 noce spędzić w Aguas), skąd busem dostajemy się do Cuzco (5 soli).

Posted: 18.06.2002 by Kuba

Cuzco i Dolina Inków

Cuzco

Zostało nam 3 dni - żeby zwiedzić okolice i samo Cuzco. Z samego rana przystępujemy do wypełnienie planu, jaki sobie założyliśmy. Najpierw zmiana hotelu, 200m od naszego dotychczasowego znajdujemy mały i przytulny hostel La Granada, właściciel za 3 noce bierze od nas po 20 soli, co jest cena bardzo niską, zważywszy, że to centrum miasta.

Wspólnie z właścicielem wieczorami oglądamy mecze mistrzostw świata - ze względu na moje słabe umiejętności językowe nie mogę zbytnio podyskutować na temat piłki, ale i tak się świetnie bawimy wymieniając krótkie komentarze.
Zwiedzanie okolic chcieliśmy rozpocząć od zwiedzenia Pisac. Okazuje się to niemożliwe ze względu na strajk generalny - nic w ten dzień nie jeździ - pozostały nam zakupy (kupujemy przepiękne prawie 2-metrowe łuki robione ręcznie, którym to zakupem jesteśmy dość podekscytowani) i wykupienie wycieczki na jutro w pobliskiej agencji (15 soli).

Na następny dzień wg planu jedziemy w teren - całodniowa wycieczka po pozostałościach kultury inkaskiej (Saqsawaman, Pukapukara, Tambomachay,). Nie będę się rozpisywał, ale są to miejsca warte zobaczenia, o ile tylko będzie się w tamtych rejonach.
Na mnie największe wrażenie zrobiły pozostałości warowni Saqsawaman - chodź musze nadmienić, że nie trafiliśmy na dobrego przewodnika. Opowiadał mało ciekawie (jeśli już się odezwał) i ze wszystkim strasznie gonił.
Ostatni dzień naszego pobytu to wyjazd do Pisac i zwiedzanie miasta Cuzco połączone z ostatnimi zakupami pamiątek, etc. Sam wyjazd do Pisac można również wykupić w biurze lecz pomni ostatniej wycieczki, wybraliśmy się sami - czego nie żałujemy (po pierwsze - taniej, po drugie - możesz spędzić w danym miejscu tyle czasu, ile chcesz). Dojazd z Cuzco do Pisac kosztuje zaledwie 2 sole. Na miejscu jest kilka starych osiedli inkaskich z cmentarzem (zwiedzenie całego terenu zajmuje nam ok. 4 godzin).

Posted: 24.06.2002 by Kuba

Znowu Lima

Lima

Nasze ostatnie godziny w Cuzco spędzamy na głównym placu, obserwując jakaś defiladę. Wciąż po mieście kręci się dużo żołnierzy, (musze dodać iż ostatnie dni w Peru spędziliśmy w okresie dużego nasilenia się strajków i demonstracji w związku z sytuacją gospodarczą, jaka ma miejsce w tym kraju).
Sytuacja nie wyglądała może tak dramatycznie jak w Argentynie, ale były miejsca, gdzie wojsko zamknęło całe okręgi (np. okręg Areqipa) i ostrzegano turystów przed wybieraniem się w niektóre regiony.
Na lotnisku jeszcze opłata specjalnego podatku lotniskowego - 12 soli - i po 2 godzinach jesteśmy w Limie.
Pomysł wcześniejszego powrotu, jaki narodził się w naszych głowach upadał na lotnisku, jak dowiedzieliśmy się, że oczywiście możemy wylecieć 2 dni wcześniej, ale jak dopłacimy po 180 USD (a że do hojnych nie należę, zostaliśmy 2 dni w Limie, czekając na nasz samolot).
Kwaterujemy się w hotelu Espania - miłe tanie miejsce w centrum miasta.

Następny dzień upływa nam na pałętaniu się po mieście, odwiedzamy panią Marię, żeby się pożegnać.
Lima to smutne miasto. Z powodu uwarunkowań klimatologicznych prawie nigdy nie pada tu deszcz, ale w zamian miasto przez większą część roku spowijają gęste chmury, niemal mgła. Tak więc praktycznie nie ma tutaj słońca.

Do tego tutaj także trafiamy na strajki i manifestacje. Jest sporo wojska na ulicach. Nawet nie zobaczyliśmy zmiany defilady, gdyż zaprzestano jej w obawie przed kamieniami rozwścieczonego tłumu.

Szkoda, miasta ma bowiem spory potencjał i bardzo ciekawą kolonialną zabudowę:



Na lotnisku przydługawa odprawa i po 11 godzinach lotu jesteśmy w Madrycie.
W południe już jesteśmy w Madrycie, a tu niespodzianka - jutro, kiedy mamy wylot do Berlina, jest strajk generalny w całej Hiszpanii i nie ma lotów! Te strajki zaczęły nas ostatnio lubić i ciągną się za nami od Cuzco przez Lime, nawet do Madrytu, a mówiliśmy jeszcze w samolocie powrotnym, że w końcu będziemy mieli spokój, żadnych zamieszek, żadnych strajków - wykrakaliśmy.
Dziś też już nie polecimy, bo wszystko jest już zajęte i niektóre loty już dziś nie latają. Ganiają nas od jednego stanowiska do drugiego (tak ponad 4 godziny). Jeszcze się okazuje, że zginęły nasze bagaże, a dokładnie te duże amazońskie łuki zapakowane dokładnie i z zastrzeżeniem ładunek delikatny - nie ma. A obsługa linii nie potrafi nam nawet powiedzieć, gdzie są - czy zostały w Limie czy poleciały do Berlina (chodź reszta naszych bagaży się odnalazła, do tej pory nie otrzymaliśmy łuków!)
Udaje się w końcu wykłócić samolot na jutro przez Monachium do Berlina, zmęczeni jedziemy do centrum miasta do przydzielonego hotelu.
Zwiedzamy Madryt, żeby częściowo zapomnieć o kłopotach, jakie nas spotkały na lotnisku, jeszcze jeden dzień i jutro o tej porze będziemy w domu.
Ostatni dzień naszej podróży przebiega już bez większych zakłóceń, przesiadka w Monachium i, chodź lot opóźniony o 2 godziny, dolatujemy do Berlina na popołudnie (dalej nie mogę zapomnieć tych pięknych łuków, a miły być taka fajną pamiątką - 3 łuki i dzida).

Posted: 26.06.2002 by RS