FILIPINY Hongkong

Archipelag Bacuit

El Nido

Do Manili dolatujemy przed czasem. To nie jest dobra wiadomość, bo jeszcze tego samego dnia lecimy do Puerto Princesa na wyspie Palawan. Lecimy na odrębnym bilecie, więc zadbałem o dłuższą przesiadkę, ale AirAsia podczas zmiany rozkładu wydłużyła mi ją jeszcze o kolejne 1,5h. Mamy więc dużo czasu, ale i tak za mało by jechać do miasta. W strefie przylotów na Terminalu 1 przeorganizowujemy bagaż, wyrzucamy resztki cieplejszych ubrań i wymieniamy waluty (kurs USDPHP na lotnisku jest bardzo dobry). Odlatujemy z Terminala 4 do którego da się dojechać darmowym autobusem dostępnym dla pasażerów. Czekaliśmy na autobus przynajmniej godzinę (pomimo, że kursy według rozkładu są co mniej więcej 30minut). Gdy w końcu przyjechał byliśmy jednymi pasażerami, a po drodze kierowca co chwilę zatrzymywał się i wychodził by porozmawiać z innymi pracownikami. Przejazd pomiędzy Terminalem 2, a Terminalem 4 odbywa się po obszarze lotniska obok cmentarzyska starych samolotów. W pewnym momencie kierowca powiadomił nas, że jesteśmy na miejscu i pokazał mniej więcej kierunek w których mamy dalej sami iść - po płycie lotniska. Dziwne, bo to było przynajmniej z 300-400m i nie było łatwo trafić. Kwestie bezpieczeństwa są tutaj dosyć dowolnie interpretowane. Terminal 4 nie jest zły, oczekując zjedliśmy tam bułki (słodkie i z rybą) i w końcu doczekaliśmy lotu. Lecimy stosunkowo wymęczoną maszyną odziedziczoną po Zest Airways. Byłem już tak zmęczony, że zasnąłem jeszcze przed startem. Wylądowaliśmy przynajmniej 30minut przed czasem i od razu pojechaliśmy szukać noclegu w okolicach dworca autobusowego skąd rano planowaliśmy odjechać do El Nido. Męczący dzień odbiliśmy sobie w pobliskiej knajpie obfitą kolacją. Jedzenie było naprawdę dobre.
Następnego dnia wstajemy bardzo wcześnie rano. Chcemy dojechać do El Nido autobusem o 6:00 rano. Pomimo, iż pojawiały się w internecie opinie, że droga jest tylko na niewielkim fragmencie nieutwardzona wolę dmuchać na zimne i wybieram autobus zamiast vana licząc, że będzie mniej trzęsło. Zakładam, że autobus z klimatyzacją nie będzie często stawał i dojedzie w czasie poniżej 6h, co da nam jeszcze wiele czasu w El Nido. Liczę, że do wieczora uda mi się objechać okolicę na pożyczonym motorku.
Do terminalu autobusowego San José docieramy na piechotę (mamy blisko), niestety autobus o 6:00 rano nie przyjeżdża. Jesteśmy wkurzeni, pytamy o busiki dla turystów, najbliższy odjeżdża dopiero o 8:00. Decydujemy się na autobus bez klimatyzacji odjeżdżający o 7:00 (byle już dłużej nie siedzieć na dworcu). Nie brak klimatyzacji jest problemem w autobusie, ale to, że to najtańszy środek transportu więc masowo korzystają z niego lokalni mieszkańcy, a przejście pomiędzy siedzeniami na całą długość autobusu i do wysokości siedzeń wypełnione jest workami z ryżem. Niestety instytucja przystanku autobusowego tutaj nie dotarła, więc autobus przejeżdżając przez wioskę o długości 1km potrafi zatrzymać się nawet 5-6x. Rozumiem, że nie wiadomo o której przyjedzie autobus, więc bezpiecznie jest czekać w pobliżu domu, ale nic nie tłumaczy sytuacji w której jedna osoba wysiada i trzeba jej pomóc z bagażem, a w tym czasie nikt inny nawet się do wysiadania nie przymierza. Jednak dosłownie 100m dalej ktoś tam z tyłu autobusu krzyczy, że on też wysiada. Ręce opadają. Jedzie się mniej więcej tak:

Wszystkie okna są szeroko otwarte, wieje potwornie, a co jakiś czas do wnętrza dostaje się mnóstwo pyłu. Cała podróż wraz z postojami w Roxas i Toytoy zajmuje nam niebotyczne 7,5h! Co wkurza tym bardziej, że za oknem jest piękna pogoda, a odcinek nieutwardzony to zaledwie kilkanaście kilometrów łącznie w kilku 2-3 kilometrowych odcinkach.
Dojeżdżamy wykończeni. Wcześniej upatrzyliśmy sobie kilka miejsc noclegowych w El Nido (generalnie uznałem, że na Palawanie niczego nie rezerwuję wcześniej, bo na miejscu te sama miejscówki pewnie da się utargować taniej i miałem rację). Zakładaliśmy wcześniej, że chcemy spać gdzieś na obrzeżach El Nido, niekoniecznie przy plaży. Tak trafiamy do ViewDeck Cottages, jesteśmy zmęczeni i od razu w recepcji kupujemy Island Hopping na najbliższe 2 dni na trasy A i C (są 4 oficjalne trasy). O dziwo pomimo, że dostajemy bardzo dobre ceny na noclegi z śniadaniami, to bez żadnego targowania dostajemy sporą zniżkę na pakiety wyspowe. Z pokoi ViewDeck jest całkiem fajny widok na El Nido, a samo miasteczko jest łatwo osiągalne na piechotę. Miejsce na nocleg jak najbardziej polecam:

Resztę dnia spacerujemy i odpoczywamy. Nie ma siły na zwiedzanie dalszych okolic. El Nido późnym popołudniem jakoś mnie nie zachwyca:

Jednak rano w słońcu ulice miasteczka prezentują się już znacznie lepiej. Jest klimatycznie:

Posted: 12.11.2014 by Robert Sadłowski

Archipelag Bacuit - trasa A

El Nido

Dziś udajemy się na pierwszą wycieczkę po archipelagu Bacuit, po trasie A. Pojawiamy się na plaży w umówionym miejscu i czekamy. Plaża ma swój urok:


Niby każda wycieczka na wyspy zaczyna się o 9:00, ale w praktyce łodzie zaparkowane są tak, że muszą odpływać po kolei. Pierwsze odpływają już około 8:00, a ostatnie pewnie nawet około 10:00. Nie ma znacznia, gdzie kupi się pakiet wyspowy, bo lokalne agencje i tak handlują turystami wymieniając ich pomiędzy sobą, tak by zapewnić optymalne wypełnienie łodzi. Co ciekawe, spory procent turystów to Filipińczycy (wcześniej coś takiego widziałem tylko w Wenezueli).
Zaczynamy od trasy A, choć pogoda jest tak ładna, że zdaniem właściciela naszego ViewDeck powinniśmy zacząć od C. Trafia nam się mała łódź z 9 pasażerami (włącznie z nami) i 3 członkami załogi. Płyniemy na plażę 7 Commandos Beach (nie wiem kto wymyślał tę nazwę). Nic ciekawego tam nie ma, no może poza malowniczym hotelikiem na skraju plaży, którego nie widzę w żadnych serwisach rezerwacyjnych:

Okazuje się, że mamy fajną, rozmowną i kontaktową załogę. Bardzo się starają. Wraz z nami płynie para z UK, a pozostałe 5 osób to rodzina z Filipin (płyną wraz z babcią). Na łodzi rozpoczyna się już przygotowywanie obiadu:

Resztę czasu eksplorujemy wyspę Miniloc. Jest nawet malowniczo:

Głównymi atrakcjami są tutaj różne ukryte laguny, zatoczki i mini plaża dostępna jedynie przez mały otwór w skale. Miło, bo załoga babcię (która najlepszą kondycję ma już za sobą) przy każdej możliwe okazji niemal wnosi do wody i zaopatrzoną w kapok, maskę i koło ratunkowo holuje do każdej atrakcji. W wielu miejscach jest tak ciasno i mokro, że tylko do tzw. Big Lagoon zdecydowałem się zabrać aparat:

Na tej plaży robimy sobie przerwę na obiad:

Który wygląda całkiem okazale. Tak szczerze, to porównując ceny w El Nido, warto chyba dopłacić te 30-40% do Island Hopping choćby po to by się dobrze najeść i mieć coś jeszcze:

Jest też czas na pływanie w masce. Rafy nie są niezłe, choć woda nieco zmącona. Jest naprawdę fajnie:


Trasa A nie jest długa, a i tak wracamy gdy słońce jest już nisko:

Ledwo udaje się nam zrobić jeszcze szybką wycieczkę w okolice plaży Caalan na północ od El Nido. Tam raczej dominuje lokalna wioska, niż turyści:

Cieszymy się z intensywnie spędzonego dnia i dobrej pogody (listopad to jeszcze zdecydowanie przed sezonem, rok temu o tej porze okolice pustoszył tajfun Haiyan). Stopy mamy nieco poobcierane, choć nie pływaliśmy na boso. Trzeba bardzo uważać, bo nawet małe łodzie nie są w stanie podpływać blisko, a korale i obrośnięte czymkolwiek spore kamienie są niemal wszędzie. Jest fajnie.

Posted: 13.11.2014 by Robert Sadłowski

Archipelag Bacuit - trasa C

El Nido

Następnego dnia znowu jesteśmy pierwsi na śniadaniu (choć w El Nido i tak śpimy najdłużej podczas tej podróży). W porannym słońcu miasteczko podoba mi się najbardziej, później pojawia się smród spalin i dym z kominów (wieczorem wygląda to już nieciekawie):

Ludzie są tu weseli jak w Indonezji:

El Nido to dwie główne ulica, jedna biegnie równolegle do plaży, druga to ta którą dojeżdża się do miasta i która kończy się wprost na plaży:

Na island hopping tour C dostajemy już znacznie większą łódź i prawie 2x większą ilość pasażerów (także turystów filipińskich, a wśród nich emeryt z filipińskiej marynarki wojennej - dziadek miał 85lat i o ponad połowę młodszą żone).
Zaczynamy od Helicopter Island (nie wiem skąd nazwa, ale wyspa od strony lądu może rzeczywiście lekko przypomina śmigłowiec):

Tutaj uznałem, ze popływam boso, bo jest głębiej. To nie była rozsądna decyzja, bo jednak o coś nogą zahaczyłem robiąc sobie w stopie małą, ale dosyć głęboką dziurę. Płyniemy dalej. Plan wycieczki według trasy C to w większości wyspy Tapiutan i Matinloc. Płyniemy znacznie dalej od lądu niż wczoraj. Obie wyspy są większe, mają bardzo wydłużony kształt od tych które odwiedziliśmy wczoraj, ale przede wszystkim są bardziej skaliste, góry na nich są wyższe i bardziej strome:


Na jednej z wysp stajemy przy opuszczonej świątyni, przy której znajduje się także niedokończony budynek. Wygląda to dziwnie, bo w budynku są nawet zamontowane klimatyzatory, wanny, stają tam nawet meble:

Przy świątyni jest niewielkie wzniesienie na które można się wspiąć (na pierwszym planie nasza łódź, widać, że na tle innych jest spora, ale przez to musimy też wysiadać dalej od brzegu, czasem tak, że woda sięga do piersi):

Pozostałe punkty wycieczki to podobnie jak dzień wcześniej ukryte plaże, zatoczki itp. Do jednej z nich trzeba było wpłynąć w bardzo wąską szczelinę, przy mocno falującym oceanie w szczelinie powstawały silne prądy. Pod koniec trasy płynęliśmy wpław do ukrytej zatoczki przy stosunkowo silnych falach i kamienistym dnie. Nudno nie było, ale ciężko w takie miejsca przetransportować lustrzankę, więc zdjęć nie mam.
Pomimo, iż wszyscy tutaj powszechnie mówią, że trasa C jest najlepsza i być może rzeczywiście atrakcje są bardziej spektakularne, my jednak minimalnie nieco lepiej wspominamy trasę A, właśnie z uwagi na mniejszą łódź i fajniejszą atmosferę.
Podobnie jak dzień wcześniej, obiad również wyśmienity i dobrze podany. Na zdjęciu niosą jedzenie:

El Nido jest znacznie mniejsze niż większość znanych mi podobnych turystycznych miasteczek. Ma to ten urok, że już po 2-3 dniach pobytu rozpoznaje się te same osoby na ulicach, a te osoby rozpoznają Ciebie. Spotyka się sąsiadów z hotelu, spotyka się wieczorami ekipę ze swoich łodzi z island hopping (głównie personel pokładowy). A Ci aktywniejsi będą już nawet znali historie powstania sporej części knajp i życiorysy właścicieli (ciężko nie kojarzyć Duńczyka prowadzącego ostatnią restaurację przy plaży w stronę Caalan Beach).
Niestety raziło mnie zachowanie napotykanych w El Nido rodaków. Nasz język słychać tam często, podobnie jak rosyjski. Jenak bardzo często zauważaliśmy, że rodacy nie przyznawali się, że są Polakami, choć z całą pewnością słyszeli, że rozmawiamy po Polsku. Jedni nawet chowali się za płachtą reklamową, żebyśmy tylko czasem ich nie zaczepili. Dwie pary z paniami wystrojonymi niemal w wieczorowe suknie z pełnym makijażem, które zdecydowanie odbiegały od turystycznego tła również okazały się parami z Polski.

Posted: 14.11.2014 by Robert Sadłowski

w drodze przez Palawan

Puerto Princesa

Następnego ranka nigdzie już się nie spieszymy. Robimy ostatni spacer po El Nido, a później odpoczywamy na tarasie. Z ciekawości obejrzeliśmy inne bungalowy naszego hoteliku, te usytuowane wyżej. Widoki coraz ciekawsze, ale nie wiem czy chciałbym mieć tak strome i długie dojście do pokoju (właściciel planuje rozbudowę właśnie w górę):

Wracamy do Puerto, tym razem vanem. Zastanawialiśmy się czy nie zmienić planu tak, by dopłynąć z El Nido do Busuangi i z Busuangi dokupić powrotny przelot do Manili, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysły z uwagi na spore ryzyko. Trzeba płynąć małą łodzią dosyć otwartym oceanem przez 7-8h. Przy załamaniu pogody łodzie wracają. Mamy za mało czasu. Chcieliśmy też wracając z El Nido do Puerto odwiedzić podziemną rzekę i widziałem, że są do kupienia takie pakiety (oparte oczywiście na przesiadkach), ale też z tego zrezygnowaliśmy. Następnym razem :)
Vanem jedzie się znacznie sprawniej, choć za oknem widać niestety mniej (okna mocno przyciemnione i całe w naklejkach):

Postoje w tych samych miejscowościach co autobus, czyli Taytay:

oraz w Roxas, gdzie nie stajemy na dworcu autobusowym, ale jakiejś knajpie przy plaży. Stoimy długo co mnie cieszy, bo okolica jest ciekawa. Robię więc sobie fotograficzną wycieczkę:

Dojeżdżamy na miejsce w czasie poniżej 5h. Nawet nie jesteśmy zmęczeni. Wybieramy nocleg niemal za płotem terminala lotniska (w Natuas Cabins - uwaga lokalizacja według google maps i większości portali rezerwacyjnych jest błędna) i udajemy się na zwiedzanie Puerto. Jedynym miejscem które mi się podobało są okolice katedry i sąsiadującego z nią parku (o park tak dbają, że policjantka przy wejściu spisuje wszystkich wchodzących):


Idziemy jeszcze na ich plażowy bulwar: City Baywalk Park. Strasznie brudno, ale waterfront atrakcyjny:

Rejony handlowe miasta wyglądają już znacznie gorzej. Smród spalin potworny, filipińskie tricykle bardzo mocno smrodzą:

Bardzo cieszymy się z pogody. Nasz pobyt na Palawanie był bardzo krótki, równie dobrze te kilka dni mógł padać deszcz psując nam cały pobyt. Nigdy w czasie podróży wszystko nie pasuje idealnie więc wszystko mi już jedno jak będzie w Manili. Cieszę się jednak z dobrych prognoz na Hongkong.

Posted: 15.11.2014 by Robert Sadłowski

Manila

Manila

Ponieważ od dziś przez 4 dni mamy codziennie rano kolejny lot i do tego przez pierwsze 3 dni każdy na odrębnym bilecie nieco stresowałem się pierwszymi 2 lotami, które operowane są przez Cebu Pacific. Na szczęście widzę na FlightRadar24, że samolot wyleciał po nas z Manili punktualnie. Udajemy się w trwający 2-3minuty spacer do terminala. Odprawa bez żadnych problemów, nikt nawet nie próbuje ważyć lub mierzyć naszego bagażu podręcznego:

Przy starcie mamy niewielkie opóźnienie z powodu złej pogody w Manili. W czasie oczekiwania w samolocie widzę, że niemal cały personel naziemny stoi w szeregu przy terminalu, gdy tylko po kilkunastu minutach samolot opuszcza stanowisko na płycie wszyscy kiwają nam na pożegnanie.
Chwilę po starcie udaje mi się zrobić kilka fajnych zdjęć wyspy. W tym takie z widoczną wodą po obu stronach lądu:

Bardzo liczę na to, że uda się zobaczyć Archipelag Bacuit. No i jest, ale widać tylko te zewnętrzne wyspy: Tapiutan, Matinloc, Inambuyod, Helicopter Island i część Cadlao (wymieniając w kolejności od góry zdjęcia):

Dolatujemy bez problemów, choć rzeczywiście w Manili deszczowo i pochmurnie. Cebu Pacific operują z Terminala 3, to stosunkowo nowy i całkiem spory budynek. My jednak parkujemy na płycie i dojeżdżamy autobusem. Następnego dnia również z Terminala 3 odlatujemy o 7:55 do Hongkongu, więc czytając o problemach komunikacyjnych Manili zależało mi na noclegu możliwie blisko terminala. W Manili jest to problem, opcje są tylko 2: bardzo drogi Marriott i tańszy, ale też drogi Hotel Remington. Remington to nowy obiekt, który stara się udawać markowy dobry hotel. Ich ceny to 250zł w promocji i jest to za dużo jak na jakość którą dają (co dziwne, wszystkie ich ceny to promocje, cena bez promocji byłaby absurdalna). Nocleg zarezerwowałem przez M&M dzięki resztce mil.
Obydwa tutejsze hotele obsługuje darmowy shuttle bus (sponsorowany przez obecne tutaj licznie kasyna), który kursuje regularnie i punktualnie (w zamian klimatyzację ma ustawioną na jakieś 10C, ciężko w takiej lodówce wytrzymać nawet kilka minut). O ile lobby hotelowe jeszcze jakoś wygląda to pokoje są słabe (nie wyglądają jak na zdjęciach w serwisach rezerwacyjnych), rażą nierówne ściany, felerna klimatyzacja o ograniczonych możliwościach regulacji i ciemna łazienka. Chwilę odpoczywamy i udajemy się na miasto. Jedyną opcją jest taxi. Wsiadamy do taksówki, którą przyjechał ktoś do hotelu. Hotelowy ochroniarz ogląda wcześniej taksówkę, spisuje jej numery i daje nam karteczki z pouczeniem co robić w taksówce gdy będziemy wracać i w sytuacjach kryzysowych. To nieco podkręca atmosferę, bo nigdy się z czymś takim nie spotkałem, nawet w Caracas.
Docieramy do biznesowej dzielnicy Makati bezproblemowo, widoki po drodze nawet jakoś specjalnie nie rażą (wiedziałem, że Manili jest brzydka, ale akurat w trasie lotnisko-Makati dramatu nie ma). Samo Makati jak na dzielnicę biznesową rozczarowuje:

Są jakieś parki, ale organizacja ruchu w 100% nastawiona jest na samochody. Brakuje przejść dla pieszych, czasem by przejść kilka skrzyżowań trzeba każdorazowo wchodzić w bardzo głębokie przejścia podziemne w których schody ruchome zwykle nie działają. Widać, że przebywają to tylko bogaci ludzie. Przy każdym wejściu do centrum handlowego, czy większego sklepu stoją ochroniarze lub policja, często z bramkami do prześwietlania bagażu. Może pogoda wpływa nieco na mój odbiór:

Pomimo, że Manila jest ogromną aglomeracją powietrze jest tutaj mniej śmierdzące, niż w Puerto Princesa, gdyż zamiast tricyklów są tu większe środki taniej lokomocji tzw Jeepneye:

Planowaliśmy wizytę na którymś z znanych lokalnych cmentarzy, ale przed zmrokiem nie zdążymy. Uznajemy więc, że jedziemy tylko do centrum do dzielnicy Intramuros.
Korzystamy z lokalnego metra na słupach (lekkiej kolei miejskiej). Po drodze przesiadamy się na ostatniej stacji Taft Avenue do linii prowadzącej już bezpośrednio do centrum. Widok ze stacji podczas przesiadki taki:

Pięknie nie jest, ale dramatu nie ma. Klimat przypomina mi Limę, w ogóle czuję się tutaj trochę jak w Ameryce Południowej. Druga linia ma wyraźny problem z przepustowością, do pierwszego pociągu się nie mieścimy:

Do kolejnego wsiadamy, ale na kolejnych stacjach mało komu już się to udaje. Mamy sobotę, strach pomyśleć jak to wygląda w zwykły dzień tygodnia. Intramuros nie jest w dobrej kondycji i to delikatnie mówiąc. Ulice tam wyglądają mniej więcej tak:

Bieda jest spora. Co ciekawsze zakątki wyglądają jakby Manila była obiektem działań wojennych:

Wprost z tego budynku wyrastało w górę drzewo:

Odwiedziliśmy także katedrę w której akurat odbywała się uroczystość weselna z wielkim rozmachem. Na placu przed katedrą limuzyny, a obok agregat prądotwórczy w kontenerze (pewnie specjalnie sprowadzony na tę okazję). Kontrasty niesamowite.
Gdy wracamy zza chmur wychodzi zachodzące słońce. Wszystko staje się czerwone co podkręca klimat. Zaczynamy się obawiać jak zmieścimy się w wagonach w drodze powrotnej.

Kolejne pociągi podjeżdżają, a my czekamy, nie udało nam się nawet próbować wsiąść. Po pół godzinie zaczęliśmy zastanawiać się nad taksówką, ale w końcu stanął wprost przed nami nie do końca upchany wagon i się udało. Jest już ciemno. Coś nas pokusiło by nie wysiąść na stacji którą już znamy, ale na kolejnej ostatniej Baclaran. Wydawało się, że będzie lepiej, bo nieco bliżej lotniska. Pierwsze ziarno niepewności pojawiło się, gdy na tej przedostatniej prawie wszyscy wysiedli, kolejne gdy zobaczyliśmy gdzie wysiedliśmy. Droga którą widzieliśmy na mapie biegła na wysokich słupach ponad nami i nie dało się na nią wejść, a pod nami było tylko targowisko:

Zaczęliśmy pytać o taksówkę, ale każdy pokazywał inny kierunek. Zaczęliśmy szukać szerszej ulicy, ale próba pójścia w jakąkolwiek stronę kończyła się na utknięciu na wąskich zabłoconych uliczkach. Błądziliśmy dosyć długo i zacząłem już czuć stres. Postanowiliśmy wypytać sklepikarza, który mówił lepiej po angielsku jak się wydostać (to nieprawda, że na Filipinach każdy mówi po angielsku, zdecydowanie łatwiej dogadać się np. w Tajlandii, mam wrażenie, że łatwiej było nawet w Indonezji). Sklepikarz zawołał dla nas tricykla i poinstruował kierowcę-starego dziadka, dosiadła się do nas jeszcze kilkuletnia dziewczynka z lizakiem obserwując nas intensywnie cała drogę. Nie wiem gdzie jechaliśmy i nawet nie mogłem tego sprawdzić, momentami jechaliśmy przez całkowitą ciemność, lecz w końcu dotarliśmy do szerokiej normalnej drogi. Tam dziadek zatrzymał nam taksówkę. Taksówkarz nie chciał jednak włączyć licznika, więc uciekliśmy. Zostaliśmy teraz sami przy tej drodze na poboczu. Niemal każda przejeżdżająca taksówka miała już pasażerów, ale po kilkunastu minutach udało mi się wypatrzeć pustą. Stres jednak mi jeszcze nie opadł. Kierowca zgodził się włączyć licznik i powiedział, że wie jak dojechać do naszego hotelu przy terminalu 3. Jedziemy, a raczej stoimy w korku Wyjąłem telefon i włączyłem GPS, gdy nagle kierowca postanowił ... zawrócić. Przestraszyliśmy się, kierowca zaczął się tłumaczyć, że się pomylił, na szczęście chwilę później GPS złapał sygnał i zorientowałem się, że jedziemy w dobrym kierunku. Gdy dotarliśmy, zadowoleni z tego, że żyjemy, z tej radości zapłaciliśmy kierowcy dużo więcej niż wskazywał licznik. Było fajnie i emocjonująco - chyba odwykłem od takich klimatów.

Posted: 16.11.2014 by Robert Sadłowski

Hongkong

Hongkong

Następnego dnia wylot do Hongkongu z CebuPacific o 7:55 rano (najwcześniejszy wylot z całej podróży). Pomimo, że do Terminala 3 mamy blisko wstajemy wcześnie i czekamy na darmowy hotelowy shuttle bus. Odprawy na lotnisku o dziwo szybkie i bezproblemowe. Terminal 3 nie jest taki zły, wygląda i działa o niebo lepiej od Terminala 1 (gdzie dodatkowo trwają prace remontowe na szeroką skalę). Odlatujemy o czasie, dolatujemy do Hong Kongu sporo przed czasem. O samym locie nie ma co opowiadać. CebuPacific to typowy low cost, w większości nowe samoloty, serwis płatny, miejsca przydzielane losowo przy odprawie, po drodze jakieś konkursy.
Jest niedziela, lotnisko w Hong Kongu niemal puste. Dzięki kolejce z lotniska do centrum dotarliśmy do hotelu wyjątkowo szybko (uwaga bilet OW dla dwojga jest tańszy od biletu RT). Od momentu dotknięcia kołami ziemi do wejścia do pokoju w nieco ponad 1h. Byłem w Hongkongu w 2007 i spałem wtedy na Kowloonie w jakieś norze w Mirador lub Chungking Mansions (nie pamiętam). Tym razem powiedziałem sobie dosyć, trzeba godniej i wybrałem coś osiągalnego na wyspie Hongkong. Pierwotnie polowałem na promocje w zapewniającym fajne widoki Bishop Lei International House, niestety nie udało się. Za to dzięki innej dobrej promocji zarezerwowałem pokój w Hotelu Ibis Central and Sheung Wan. Hotel jest stosunkowo blisko ostatniej stacji kolejki z lotniska i jest obsługiwany darmowym shuttle busem dla pasażerów tej kolejki. I tak to był dla nas najdroższy nocleg całej podróży, dlatego nie chciałem już dopłacać do pokoju z widokiem na port. W recepcji poprosiłem o pokój bez dopłaty, ale z możliwie fajnym widokiem, miły Pan powiedział, że rozumie i stanął na wysokości zadania. Widok z 25 piętra nieco na bok, ale tez niezły:

Hotel jest fajny. Dolne 4 piętra zajmują usługi, a recepcja jest dopiero na 5 piętrze. Pokoje są bardzo wysokie z całą ścianą efektownie przeszkloną co robi wrażenie. Co prawda na Filipinach byliśmy krótko, ale cieszy lecąca wreszcie bez problemów woda w łazience. Jest dopiero nieco po 11:00 rano, chwilę odpoczywamy, delektuję się widokami z okna:

Wychodzimy na miasto, jest bardzo fajna pogoda, czyste niebo i przyjemne 20-25C. Oto nasza ulica po wyjściu z hotelu:

Najpierw spacerujemy po uliczkach knajpowego Soho. To bardzo klimatyczna przyjemna dzielnica. W otwartych na ulice barach i restauracjach widać bardzo dużo białych, jest tu dużo galerii, ale w wąskich uliczkach można dostrzec ciekawe lokalne klimaty:

Później długimi schodami ruchomymi wjeżdżamy na górę (miasto jest na stromej skarpie, podobnie jak Monaco) skąd kierujemy się w kierunku ogrodu botanicznego. Kolejka do tramwaju na górę Viktorii jest długa, szacuję że na 2h stania. Odpuszczamy to sobie (byłem w 2007 w lutym bez żadnej kolejki). Spędzamy trochę czasu w ogrodach, jest tu fajna wieża widokowa (której nie pamiętam):

Przez okolicę Admirality idziemy do Wan Chai, a tu niespodzianka. Masowe protesty o których jeszcze niedawno słyszałem w mediach (potem media zapomniały) nie skończyły się, a zostało po nich spore namiotowe miasteczko paraliżujące całą okolicę budynków Central Government Complex:

Na kładkach pieszych stanowiska mediów z całego świata, ale chyba z powodu niedzieli atmosfera nieco senna:

Wszędzie sporo wymownych haseł i fragmenty barykad. Tu nadal jest niewesoło, później wyczytałem, że protestanci nie są traktowani ulgowo i dostają raczej spore wyroki:


Idziemy dalej w stronę Hongkong Exhibition Center (na dachu kończyła się akcja jednego z filmów z Jackiem Chanem):

Obok trwa jakaś budowa do której regularnie kursują śmigłowce (?!?). My odpływamy promem Star Ferry na Kowloon. Po drodze Monika robi ładne zdjęcie:

Ja w tym czasie nieco brzydsze:

W okolicach promenady Tsim Sha Tsui niezliczone ilości wycieczek z głębi Chin (dziwne, że na wyspie Hongkong w ogóle ich nie widać). W okół centrum handlowego 1881 Heritage już w pełni świąteczny nastrój, wielka choinka, renifery i plaga weselnych sesji plenerowych:

Idziemy dalej. Ulica Nathan Road od 2007 wyraźnie wypiękniała, jest zdecydowanie czyściej i bardziej bogato. W sąsiednich wąskich uliczkach także:

Klimat jednak pozostał i bardzo dobrze:

Patrząc w górę jest sporo nowych budynków raczej wysokiej klasy. Sam budynek Chungking Mansions ma całkowicie nową elewację, zniknęły z niej wszystkie klimatyzatory, ale dookoła jest jeszcze wiele starych kontrastujących z nowymi budynków:

Na zachód słońca idziemy na portową promenadę. Chińczyków jest jeszcze więcej. Nie czekamy do 20:00 na laserowe widowisko i uciekamy gdy tylko panorama jest już odpowiednio ładna:

Dopływamy promem do okolic Central i udajemy się na tramwaj. Cała ta okolica, wszystkie kładki piesze i chodniki jest dosłownie wypełniona ludźmi. Co dziwne to w 99% kobiety i wyglądają na emigrantki z południa (Filipiny?). Kobiety te stoją w dużych grupach i rozmawiają, siedzą na ziemi na kartonach i rozmawiają. Nie wyglądają na zaniedbane, ani tym bardziej na smutne. To wygląda jak jedna wielka emigrancka impreza. Na początku pomyślałem, że pewnie pracują w okolicznych domach, restauracjach, biurach i wieczorem wracają do swoich mieszkań na przedmieściach, ale jest niedziela?!
Później dowiedziałem się, że to rzeczywiście emigranci z Filipin, którzy mają w zwyczaju piknikować po niedzielnej mszy w kościele. Widocznie kościoły chrześcijańskie sa tylko na wyspie.

Posted: 17.11.2014 by Robert Sadłowski

One Night in Bangkok

Bangkok

Mając pokój z ładnym widokiem na Hongkong liczyłem na jakieś ładne kolory nieba o wschodzie słońca, ale były takie sobie. Pakujemy się i nie czekamy na shuttle busa, jedziemy tramwajem (przyjechał pierwszy). Nie musimy się spieszyć, ale w saloniku Plaza Premium Lounge czeka na nas śniadanie. Diners w Hongkongu umożliwia wejście do 2 saloników Plaza Premium (jeden gdzieś przy gejcie 1, drugi na skrzyżowaniu pirsów przy gejcie 40). Jest tutaj także możliwość wejścia do Arrival Lounge Wellness Spa & Salon, nie mieliśmy jednak wczoraj czasu na testowanie (i szkoda nam było tracić wejściówkę). Do lotniska docieramy szybkim MTR Airport Express, wszystkie procedury szybkie i bezproblemowe (choć nie udało nam się odprawić na jutrzejsze loty Finnaira). Korzystamy z saloniku przy gejcie 40, oferta cateringowa jest bardzo dobra. Wcześniej czytałem, że to największy płatny salonik na świecie, ale być może mowa o tym przy gejcie 1, bo nasz nie jest duży. Zdjęć wnętrz nie mam, mam jedynie widok z antresoli saloniku na płytę lotniska:

Lecimy znowu A330-300. Okazuje się, że nie dostaliśmy miejsc obok siebie (nie sprawdziłem w czasie odprawy). Dziwne, bo samolot ma obłożenie w ekonomicznej tylko około 60-70%, więc miejsca obok siebie są, nawet przy oknie (przesiadamy się więc bez problemu, ale duży minus dla personelu na lotnisku w Hong Kongu).
Samolot ma stosunkowo dużo miejsca na nogi, ale siedzenia są dziwne: oparcie w twardej mocno nachylonej skorupie, a jakakolwiek regulacja polega jedynie na przesuwaniu tej części na której się siedzi do przodu lub do tyłu (jak w niektórych wagonach pkp, tych gorszych). Na naszych siedzeniach i tak to praktycznie to nie działa. Pierwszy raz widzę coś takiego i już po 1h lotu mam tego dosyć, jest niewygodnie. System rozrywki działa, ale da się oglądać tylko kilka programów TV (w Asianie na krótszych lotach były dostępne filmy). Serwis taki sobie: jest co prawda pełny posiłek ale jego jakość średnia, personelu prawie nie widać. Jednym słowem do Asiany lub ANA bardzo, bardzo daleko:

Dolatujemy o czasie. Na lotnisku w Bangkoku utykamy na dosyć długo w kolejce do imigration. Stacja kolejki Airport Rail Link jest stosunkowo daleko, idzie się do niej długo (w Bangkoku byłem ostatnio w 2007, gdy tej kolejki jeszcze nie było). Teoretycznie do dyspozycji są pociągi miejskie City Line za 45bht OW oraz szybsze pociągi Express Line. Do ostatniej stacji PhayaThai pociągiem City Line jedzie około 30minut, pociągów Express Line nie ma nawet w sprzedaży, chyba ich funkcjonowanie zawieszono.
Ponieważ następnego dnia z Bangkoku wylatujemy o 9:05 bardzo zależało mi by nocować w bezpośrednim sąsiedztwie stacji PhayaThai. Najfajniejszy hotel w okolicy to The Sukosol, gdzie udało mi się dzięki ciekawej promocji zarezerwować pokój za około 100zł. Do hotelu docieramy szybko i sprawnie, z zewnątrz nie zachwyca, ale lobby jest zaprojektowane z rozmachem, na korytarzach sporo antyków (podobno oryginalnych). Wszystko jednak jest nieco sfatygowane. Za tę cenę jednak nie narzekamy, tym bardziej, że pokój jest bardzo duży i ładny:

Odpoczywamy chwilę i ruszamy na miasto. Czasu dużo nie ma, ale też nie mam dużego ciśnienia na zwiedzanie. Dla mnie najważniejszy jest zakup żarówek do lampek które kupiłem sobie i znajomym w Tajlandii w 2005 i 2007, bardziej chcę by Monika cokolwiek w Bangkoku zobaczyła. Sky trainem przejeżdżamy szybko przez bogatsze dzielnice i docieramy do rzeki Chao Phraya, tam przesiadamy się na publiczną łódź. Bangkok ma bardzo dobrą komunikację rzeką:

Podróżowanie tymi łódkami jest bardzo fajne i bardzo szybkie, po drodze widzi się sporo. Ruch na rzece jest spory, przystanki obsługiwane są szybko i sprawnie: łódź dobija tyłem do nabrzeża, czasem kontakt trwa dosłownie sekundy, a pasażerowie wsiadają i wysiadają biegiem.


W planie było odwiedzenie pałacu królewskiego, ale godziny otwarcia są takie, że niewiele zdążylibyśmy zobaczyć. Wysiadamy więc w okolicach Khao San. Ulica Rambuttri w tej części bliżej rzeki niewiele się zmieniła, to ten obszar gdzieś pomiędzy 2005, a 2007 zastąpił zaplecze tanich hotelików z Khao San. Jednak gdy idziemy dalej ręce mi opadają. Khao San wygląda jak wielkomiejski deptak pełen emerytów (pewnie Ci którzy przyjeżdżają od dawna i nie mogą się wyzbyć nawyku) oraz dziwnej młodzieży (w większości otyłej). Wygląda to jak wielkomiejski deptak:

Bo bocznych uliczkach sklepiki ciągle te same:

Uciekamy dalej. Znajdujemy gdzieś przypadkiem szkołę tajskiego boksu:

Ludzie są chyba zmęczeni kiczem, bo większą popularnością cieszą się mniejsze knajpki, gdzieś dalej na uboczu, niż duże głośne kombajny w okolicach Khao San:

Gdy wieczorem wracamy do hotelu okazuje się, że w recepcji nastąpiła inwazja wycieczek z Chin, co chwile podjeżdża kolejny autokar, wszędzie słychać krzyki, nawet na korytarzach. Uciekamy na hotelowy basen, który też jest całkiem niezły:


Następnego dnia czas wracać do domu. Czeka nas długi dzień. Najpierw o 9:05 Finnair A330 do Helsinek, później Finnair do Warszawy i wieczorem o 19:35 LOT do Poznania.
Pierwszy pociąg na lotnisko odjeżdża z Phaya Thai o 6:00 rano. Wychodzimy z pokoju z pewnym zapasem, na wszelki wypadek gdyby te Chińskie wycieczki nadal okupowały recepcję. Na stację mamy bardzo blisko, około 200-300m, powoli zaczyna robić się jasno:

Bardzo mi się nie chce wracać, uwielbiam to ciepłe wilgotne powietrze z świadomością, że u nas w Polsce jest zimno i szaro. Ale z drugiej strony tęsknimy już bardzo za małym.
Na lotnisku Suvarnabhumi procedury nie przebiegają zbyt sprawnie, ale nasz lot jest opóźniony o 20minut (wyleciał z Helsinek opóźniony o 40minut). To jedno z lotnisk budowanych z rozmachem i wielkimi ambicjami (ze względu na dużą konkurencję w regionie), ale wyszło tak sobie. Terminal źle nie wygląda, ale funkcjonalnie wiele by można poprawić.
Mamy jeszcze sporo czasu na wizytę w saloniku. W Bangkoku karta Diners pozwala na wejście do Louis Tavern CIP Lounge (saloników jest kilka usytuowanych w różnych częściach terminala, ten blisko naszego gejta jest chyba największy). Wnętrza bez rewelacji, ale oferta całkiem przyjemna. Jest nawet automatyczna maszyna do naleśników:

Nie wiem czego spodziewać się po cateringu w Finnair, więc dla bezpieczeństwa najadamy się solidnie. Wejścia do saloników bardzo oszczędziły nam zmęczenia i kosztów na lotniskach. Nie wiem czy bez nich tak dobrze byśmy wspominali ten wyjazd
Jeszcze na koniec widok na pirs F terminala i lecimy do domu:

Airbus 330 Finnair wewnątrz bardzo czysty, jasna kolorystyka jest przyjazna dla oka. Obłożenie bardzo wysokie, jest dużo Polaków. System rozrywki niezły (dużo filmów skandynawskich), jedynie słuchawki takie, że niewiele słychać. Bezpośrednio po starcie zaserwowano obiad (lepszy niż w Cathay), później bardzo długo dostępne były tylko napoje, a jeśli ktoś był głodny mógł sobie przekąski kupić w ramach oferty Sky Bistro (płatny serwis niby dla lotów europejskich). Pomimo, że najedliśmy się w saloniku i zjedliśmy posiłek w samolocie po starcie to po kolejnych 6-7h lotu byliśmy już mocno głodni. Inni byli więc w większości głodni bardziej, bo jedzenie całkiem licznie kupowali. Miałem już obawy, że więcej darmowego jedzenia nie będzie, ale na szczęście bezpośrednio przed lądowaniem podano jeszcze kolację. Niby więc wszystko OK, ale to nie to co Japan Airlines. Po drodze kolejny raz oglądam Himalaje, wydaje mi się, że rozpoznałem nawet zarys Everestu (nie ma na zdjęciu poniżej):

Lądujemy z niewielkim opóźnieniem (10-15minut), mamy jakieś 2h na przesiadkę, czujemy spore zmęczenie.
Odlot do Warszawy na szczęście nawet przed czasem. Lotu prawie nie pamiętam, opadło ze mnie napięcie i obawa przed przesiadką w Warszawie, wiedziałem już że zdążymy, więc mocno spałem.
W Warszawie na lotach lokalnych bałagan. Inne informacje podawane są przez głośniki, inne widać na ekranach przy gejtach. Podano godzinę naszego boardingu, ale gdy powinien się rozpocząć przesunięto ją o 10minut, za 10minut o kolejne 5, po 5minutach o kolejne 5. Wyglądało to komicznie, tym bardziej, że nie dotyczyło tylko naszego lotu. Czy tak ciężko planować odlot z wyprzedzeniem choćby 30minut? W gejcie pogaduchy pań, co jakiś czas jedna z nich wychodzi otwiera taśmy, zamyka, przejdzie dookoła i wraca.
W końcu doczekaliśmy się lotu, z którego zapamiętałem tylko stewardesę z makijażem prawie jak u ekspedientki społem i fryzurą w artystycznym nieładzie oraz niepokojący komunikat pilotów po wylądowaniu w Poznaniu: Witamy w Warszawie.
Pewnie normalnie bym na takie niuanse nie zwracał uwagi, ale po wszystkich tych azjatyckich lotach przez ostatnie 2tygodnie nie sposób ich nie zauważyć. Nie wiem tylko czy doceniać je jako umiejętność improwizacji, czy jest to po prostu nonszalancja i bałagan.
W Poznaniu zimno i deszczowo.

Posted: 18.11.2014 by Robert Sadłowski