TANZANIA

MAPA

Witaj Afryko

Dar es Salaam

Powrót do Afryki równikowej po 7 latach z jedynie bardzo ogólnym planem zwiedzania i obawami czy poziom cywilizacji będzie lepszy, czy gorszy niż w Kamerunie w 2002. Na forach informacji niewiele, nawet przewodnik Lonely Planet skromny i niekonkretny. Czytam, że Tanzania to dzicz w porównaniu do Kenii. Bilety za mile z 4 odcinkami lotu w każdą stronę, wszystko dlatego, że Swiss do Dar z międzylądowaniem w Nairobi wylatuje tak wcześnie rano, że trzeba do Zurychu dolecieć dzień wcześniej, do tego długa przesiadka w Frankfurcie. Na osłodę wszystkie loty w biznesie i widok z przedniej kabiny A330-200 z Alpami w tle:

Serwis od samego startu wyśmienity. Obiad kończy się dopiero na północną Afryką. Lądowanie w Nairobi już o zmroku, nieco ponad 1h postoju i ostatni krótki odcinek do Dar.
Dzięki sprawnemu opuszczeniu samolotu udało się formalności wizowe załatwić praktycznie bez kolejki. Na lotnisku ma czekać zamówiony przez hotel kierowca. Obawiałem się błędzenia w drodze z lotniska w późnych godzinach wieczornych, może innym razem.
Powietrze jest gorące i lepkie. Przedmieścia po ciemku nie zachęcają, widać porzucone wraki samochodów i grupy ludzi dookoła ognisk płonących w starych beczkach.
Znalazłem tylko 2 tanie hoteliki polecane przez turystów: Jambo Inn i Safari Inn, wybrałem ten drugi. Dojazd do niego nie wygląda zachęcająco, stalowe bramy na kolejne dziedzińce otwierają dziwni ludzie. Pokój z zagrzybionymi ścianami, okna bez szyb i ogromne gorąco. Uznałem, że lepiej uciekać dalej i to możliwie jak najszybciej. W recepcji powiedziano, że autobusy do Arushy odjeżdżają o 6:00 rano, zamówiłem taksówkę.
Pomimo, że podróże wzdłuż południków praktycznie bez zmian czasowych tak nie męczą ciężko byłem wykończony. Leżałem bez ubrania na łóżku i czułem jak spływa ze mnie pot, a prześcieradło (zabrane z domu) staje się coraz bardziej mokre. Przypominam sobie Heban, podobnie noce w Dar opisywał Kapuściński, który lata temu miał tutaj mieszkanie.
Nagle, zaledwie chwilę po tym jak udało mi się zasnąć (tak mi się wydawało) budzi mnie przeraźliwy dźwięk... meczet. Zupełnie zapomniałem, że w kraju muzułmańskim budzik nie jest potrzebny, a życie rozpoczyna się nieco wcześniej.
Taksówka na dworzec autobusowy dociera bardzo szybko. Kierowca pokazuje palcem gdzie iść i równie szybko odjeżdża. Nadal jest ciemno, pod nogami błoto, a dookoła tłum ludzi, łapią za ręce, każdy z nich chce sprzedać bilet. Ide wzdłuż ciągu kanciap, w każdej rezyduje inna firma przewozowa i w każdej jest tłum ludzi. Żadnej tablicy odjazdów, żadnej informacji. Nie ma wyjścia, trzeba się dogadać z którymś z naganiaczy, komuś zaufać. Dopiero z biletem udaje się wejść na teren dworca, gdzie już niemal pełne autobusy czekają na odjazd. Okazuje się, że o 6:00 odjeżdżają wszystkie autobusy wszędzie. Zaczyna robić się jasno.
Po drodze widząc olbrzymie przestrzenie i egzotyczną roślinność czuję ulgę. Autobus nie ma klimatyzacji, ale mi to nie przeszkadza, na zewnątrz pada nawet lekki deszcz.
Podróż trwa około 10h w tym z 1h postojem, co przy dystansie niemal 700km daje przyzwoitą prędkość.
Arusha wita spokojniejszym klimatem i większą ilością kolorów:


Jeszcze tego samego dnia udaje się wynegocjować dobre warunki 3dniowego safari z Sunny Safaris (www.sunnysafaris.com), ale na pojutrze, bo jutro trzeba odpocząć.

Posted: 15.02.2008 by Robert Sadłowski

U stóp Mt.Meru

Arusha

Jeszcze w domu próbowalem zarezerować przelot liniami Precision Air z portu Kilimandżaro na Zanzibar. Dało się przez pośredników, jednak prowizja była wyższa, niż cena biletu i całość nie była już atrakcyjna. Prób rezerwacji dokonałem kilku, ale nigdy nie dostałem potwierdzenia. W Arushy znajduje się biuro linii, w którym niestety mojej rezerwacji nie udało się odnaleźć, a samoloty na kolejne dni były już pełne. No coż, trzeba będzie odbyć tę podróż lądem (i morzem).
Arusha to Tanzański punkt wypadowy do parków narodowych i na Kilimandżaro. Sporo tutaj turystów. Miasto nie jest ładne, ale sprawia wrażenie bezpiecznego.

Na ulicac kwitnie handel obnośny:

Nad miastem góruje wulkan Mt Meru. Niższy niż Kilimandżaro i mało znany, ale łatwy do wspinaczki i zdecydowanie tańszy. Żałuję, że tym razem zabraknie mi czasu.

Wieczór spędzam przy piwie Kilimandżaro i lokalnych specjałach kulinarnych. Zdziwiło mnie, że w kraju kótry eksportuje kawę dostępna jest jedynie kawa rozpuszczalna i pije się ją w mlekiem sojowym.



Posted: 18.02.2008 by Robert Sadłowski

Safari

Arusha

Następnego dnia przed biurem Sunny Safaris od wczesnego ranka przygotowywane są 2 samochody. W jednym z nich szybko zbiera się komplet i samochód odjeżdża. Drugi wciąż czeka na brakujących pasażerów. Pracownicy SunnySafaris są coraz bardziej zaniepokojeni, bowiem pasażerów nie ma także pod wskazanym przez nich wcześniej adresem. Pojawiaj się dopiero po niemal 2h, to młodzi Anglicy którzy zabalowali dzień wcześniej do tego stopnia, że zaspali, a hotel zmienili dla kaprysu. Trzeba im wybaczyć, bo właśnie ich obecność tłumaczy niską wynegocjowaną cenę mojego safari. W ekipie jest kierowca/przewodnik (ranger) i kucharz wraz z zapasem jedzenia:


Najbardziej znanym i największym obszarem dzikiej przyrody w tej części świata jest park Serengeti (w niewielkiej części leżącej w Kenii jako park MasajMara). Niestety dojazd tam zajmuje sporo czasu więc zapędzają się tam tylko wypady z programem 5dniowych safari, a przeloty są bardzo drogie (małe samoloty na lotniska trawiaste). W naszym programie jest park Tarangire pierwszego dnia, obszar kaldery Ngorongoro drugiego dnia i park Lake Manyara trzeciego dnia.

Park Tarangire jest bardzo malowniczy, to dolina utworzona przez rzekę, która w porze suchej przyciąga zwierzęta. Roślinność jest tutaj taka jaką każdy wyobraża sobie czytając W pustynni i w puszczy:

Początkowo jestem zawiedziony brakiem zwierząt, ale będąc bardziej uważnym można je znaleźć:





Następnego dnia wczesne śniadanie, gdyż do Ngorongoro dojazd zajmuje sporo czasu. Robi się przyjemnie, gdy kończy się asfalt, a droga zaczyna piąć się ostro w górę. Powietrze staje się wyraźnie chłodniejsze. Panorama z krawędzi kaldery jest imponująca:

Przewodnik proponuję odwiedzenie wioski Masajów po drodze (oczywiście za opłatą 10usd od osoby). Większość jest za. Wiem, że to pokaz dla turystów, ale zrobiony z rozmachem i na poziomie. Pewnie sam bym się na wizytę w wiosce nie zdecydował, ale uważam, że było warto:

Dzień wcześniej cieszyłem się z kilku żyraf, słoni i niewielkich impali, a dziś w Ngorongoro ilość zwierząt w zasięgu wzroku można liczyć w tysiącach. Większą atrakcję stanowią dopiero drapieżniki Gepard i Lew:




W ekonomicznej wersji safari (która i tak nie jest tania) śpi się w namiotach w wyznaczonych do tego celu campingach. Miejsca te są bezpieczne, czyste i dobrze wyposażone. Pełna cywilizacja. Na odrobinę dzikości można liczyć dopiero w Serengeti.

Ostatniego dnia park Lake Manyara nie robi już większego wrażenia. To rezerwat w którym raczej dominują ptaki. Wśród nich są ptaki dobrze nam znane... zimujące tutaj bociany:

Ptaków jest naprawdę dużo. Nasze bociany zadają się ze swoimi bliskimi krewnymi, które wyglądają podobnie, choć ich głowa wygląda jakby moczyły ją we wrzątku:


Cienka warstwa chmur przesłania słońce, przez co kolory są bledsze. W drodze powrotnej bardziej ciekawi mnie życie uliczne pobliskiego miasteczka:



Posted: 19.02.2008 by Robert Sadłowski

w drodze na Zanzibar

Stone Town - Zanzibar

Kolejna wczesna pobudka. Pomimo, że z miejsca noclegu na dworzec autobusowy jest nie dalej niż 1km mieszkańcy zalecają by przed świtem poruszać się taksówką. Miasto nocą wygląda dziwnie, budzi spory niepokój. Gdy tylko chwilę po 6:00 autobus ruszył zaczęło się rozbić jasno. Piękny poranek budzi we mnie nadzieje zobaczenia szczytu Kilimandżaro podczas przejazdu w okolicach miasta Moshi. Nie udało się to w drodze z Dar do Arushy, ale udało się teraz:


Plan na dzisiejszy dzień jest napięty. Autobus o około 15:30 powinien dojechać do Dar, a ostatni prom z Dar na Zanzibar odpływa o 16:40. Niestety pomiędzy dworcem autobusowym, a przystanią jest do przejechania całe miasto. Autobus spóźnił się nieco ponad kwadrans, ale przepłacając za taksówkę udało się zdążyć na prom. Na Zanzibar kursują dwa rodzaje promów, szybkie pokonują dystans z Dar poniżej 2h, te powolne potrzebują na to nawet 10h. Początkowo łagodne kołysanie powoduje senność, lecz po wypłynięciu na pełny ocean amplitudy kołysania stają się tak duże, że chodzenie staje się niebezpieczne, a siedząc należy się skupiać i używać siły, by po każdej kolejnej fali spadać na swoje miejsce (a nie na podłokietnik). Ma to swój urok.

Zanzibar wita murami kamiennego miasta (i masztami anten GSM):


Na turystów czeka kilkunastu naganiaczy. Szukam szybko na mapie w przewodniku tanich noclegów, ale pierwszy rzut oka na mapę uświadamia mnie, że tutaj to się chyba nie uda. Próbuję, wchodzę w pierszą z brzegu ciemną i wąską szczelinę pomiędzy budynkami. Po kilku zakrętach tracę orientację i uznaje, że po raz kolejny trzeba zdać się na naganiaczy, którzy dobrze znają sytuację i uparcie idą za klientem, który prędzej czy później będzie musiał się do nich uśmiechnąć.
Trafiam do hostelu Annex of Abdallah. Nazwa nie kusi, ale jest wszystko to czego potrzeba. W tym przytulna łazienka w której można zrobić pranie:

Posted: 21.02.2008 by Robert Sadłowski

Ocean, piasek i wiatr

Bwejuu - Zanzibar

Zanzibar nie jest tanim miejscem. Wiele dóbr jest tutaj ograniczonych, nawet prąd (często go nie ma). Poruszanie się po wyspie musi więc także kosztować tym bardziej, że to jedno z zapewne niewielu miejsc w Afryce, gdzie przestrzega się przepisów dotyczących dopuszczalnej ilości osób w pojazdach.
Jest niby jakiś tańszy transport, ale działa marnie. Dla turystów w praktyce pozostają minibusy (zwykle jednocześnie dostarczają podstawowe zaopatrzenie w głąb wyspy). Jednym z nich docieram do Bwejuu na wschodnim wybrzeżu wyspy. Nie mam żadnej rezerwacji, zdaje się na to co zaproponuje mi kierowca. Prosiłem go o tańsze wersje i uczciwie takie mi pokazywał. Na sąsiedniej posesji zauważyłem jednak coś ciekawszego i pomimo znacznie wyższej ceny zdecydowałem się na 2 noce w evergreen-bungalows.
Wybrzeże tej części wyspy jest malowniczo zarośnięte palmami, a płytka plaża powoduje, że odpływy cofają się nawet o ponad kilometr. Wszelkie tropikalne plaże wyglądają ładnie głównie na zdjęciach. W środku dnia zwykle piach jest tak gorący, że cieżko po nim chodzić nawet w butach i tak jasny, że razi w oczy nawet przez ciemne okulary. Bardzo łatwo się spiec nawet podczas krótkiego spaceru:



Późnym popołudniem wiatr się nasila. Nie jest jednak gwałtowny, ani porywczy, raczej wieje jednostajnie choć ze sporą prędkością. Dzięki niemu gorąco nie jest męczące. Lokalna architektura dostosowała się do tego wiatru i każde okno lub otwarcie wyposażone jest płachty materiału nadymające się teraz jak żagle. Towarzyszy temu przyjemny świst. Wiatr uspokaja się dopiero nad ranem:


Hotel prowadzą chyba Niemcy. Co widać po porządku dookoła. Nawet organizacja posiłków jest obarczona procedurami. Menu obiadowe pojawia się dzień wcześniej i dzień wcześniej trzeba posiłek zamówić, by rankiem zakupiono tylko odpowiednią ilość odpowiednich produktów, tak by nic się nie zmarnowało (ograniczenia w dostawach prądu).
Jeśli właściciele chcieli uciec od cywilizacji i żyć w spokoju, ale w możliwie komfortowych warunkach to im się zdecydowanie udało. Bwejuu i okolica to miejsce dla takich osób.

Posted: 23.02.2008 by Robert Sadłowski

Mji Mkongwe

Stone Town - Zanzibar

Niestety trzeba opuścić niesamowicie klimatyczne wschodnie wybrzeże. O ile ze StoneTown łatwo zamówić busa, to jadąc z prowincji trzeba być czujnym i wykorzystać to, że ktoś inny jedzie np. na zakupy lub po prostu próbować łapać okazję (co też wymaga cierpliwości).
Kolejny nocleg w Stone Town, pechowy, bo przez większą część wieczoru i nocy bez prądu. Bez zimnych napojów, w ciemności, bez wiatraka - noc była ciężka. Gdy prądu nie ma dłużej to zamykane są knajpki dla turystów lub serwuje się w nich tylko ciepłe napoje. Wyspany w nadmiarze, obudziłem się wcześnie i czekałem na śniadanie. Większość nawet najtańszych hosteli w cenie noclegu oferuje wspólne śniadanie. Przy jednym stole jedzą zwykle wszyscy goście, to dobre miejsce na wymianę doświadczeń (np.gdzie jeść i się nie zatruć), na poznanie innych z pasją podróżniczą.
Gdy zszedłem na dół przy stole siedziała już starsza pani - amerykanka, miała z pewnością ponad 70lat. Z jej słów wynikało, że jest w ciągłej podróży z mężem już od kilkunastu lat. Ktoś ją zapytał o najciekawsze wspomnienia, a wtedy ona opowiedziała, że jej mąż sam wyruszył wynajętym samochodem na safari w Botswanie i nie wrócił. Wysłano ekipę poszukiwawczą, która znalazła jedynie jego porzucony samochód. Po tygodniu uznano go nawet za zmarłego... Lecz kilka dni później maż się odnalazł. Okazało się, że gdy popsuł mu się samochód uznał, że jedyną szansą na przeżycie jest powrót na nagach. Wracał przez wiele dni, jedząc co się da, kryjąc się nocami przed zwierzętami. Udało mi się, choć nawet miejscowi uznali, że nie miał żadnych szans.
Po śniadaniu zabieram się za zwiedzanie. Mji Mkongwe (tak nazywają w Swahili Stone Town miejscowi) to niezwykłe miasto. Kultura Swahili miesza się tutaj z wpływami Arabskimi, Perskimi, późniejszymi Europejskimi, a nawet Hinduskimi. Efektem jest ciekawa architektura i wzornictwo (w tym znane tradycyjne drzwi):


Mało kto wie, że Zanzibar był kiedyś częścią Omanu, mało tego, był nawet jego stolicą, bo tutaj sułtan przeniósł swoją siedzibę. W XIX wieku był ważnym punktem w obrocie handlowym przypraw i niewolników. Później stopniowo tracił pozycję na rzecz czarnej, kontynentalnej Afryki. Wreszcie to tutaj urodził się Freddie Mercury.

Stone Town to jedno z niewielu miejsc w tym regionie świata, gdzie można bezpiecznie spacerować późnym wieczorem i nocą. Nocny market kwitnie jak w miastach azjatyckich:

Posted: 24.02.2008 by Robert Sadłowski

Nungwi Beach Resorts & Spice Tour

Stone Town - Zanzibar

Nungwii to północny skraj wyspy. To chyba obszar najbardziej komercyjnych plaż i skupisko hoteli. Warto jednak tutaj przyjechać bo w odróżnieniu od płytkiego wschodniego wybrzeża w Nungwi można popływać oraz by w pozostałych aspektach bardziej docenić wschodnie wybrzeże. To nie znaczy, że w Nungwi jest brzydko, wręcz przeciwnie:


Jednak miejscami zabudowa staje się intensywna:


Jest tutaj bardzo dużo knajpek. Czuję się trochę jak w Tajlandi. Jednak niestety jedzenie pozostawia sporo do życzenia. Trzeba uważać jedząc mięso, unikać mielonego. Na szczęście piwo nie wymaga specjalnej troski, jest dobre i zdrowe:


Przed powrotem do Dar udałem się jeszcze na zorganizowaną wycieczkę na jedną z lokalnych plantacji przypraw. Zobaczyłem jak rośnie wanilia i jak wygląda gałka muszkatołowa:

Busy z turystami uczestniczącymi w SpiceTour jeżdżą zwykle w obszar nieco na północ od Stone Town. To też ładne okolice:

Posted: 25.02.2008 by Robert Sadłowski

Powrót

Poznań

Powrót do Dar dla odmianny i oszczędności powolnym promem. Prom jest znacznie większy, a dla turystów jest osobna kabina (lub raczej po prostu dla turystów tańsze bilety nie są dostępne). Prom jest spory, mieści z cała pewnością przynajmniej kilkaset osób. Część pasażerów wyciąga śpiwory, część ma ze sobą zwierzęta domowe. Widzę chłopaka ubranego w gustowną marynarkę z szarą papierową torbą z której głowę wychyla.. kura. Jest zabawnie.
Prom płynął tak powoli, że zorientowałem się po kilkunastu minutach, że w ogóle płynie. Kołysanie było jednak tak delikatne i przyjemne, że nie pamiętam kiedy tak dobrze spałem.
Prom do Dar przypływa przed 6:00 rano. Za wcześnie by wyjść normalnie na miasto, za późno by szukać noclegu. Cały tłum pasażerów promu udał się w kierunku taksówek od którego przystań dzieli jezdnia z przejściem dla pieszych. Gdy tłum doszedł do krawędzi jezdni gdzieś tam zza zakrętu wyjechał samochód, wszyscy grzecznie stanęli, prawie wszyscy. Bo nagle jeden z czarnych mieszkańców uznał, że zdąży przejść, żeby było śmieszniej, był kulawy. Sytuacja była tak komiczna, że cały tłum wybuchł śmiechem, przez tę chwilę nie było różnicy kto w jakim mówi języku, kto jest biedny, a kto bogaty, było miło. Śmiech jednoczy.
Udało się dogadać w Jambo Inn na pokój na pół dnia i to z śniadaniem. Pokój przyda się do odpoczynku, ale głównie do pakowania przed podróżą powrotną.
Dar es Salaam to duże miasto. Ma ponad 4mln mieszkańców i szybko rośnie.

Poza zwykłymi dzielnicami, przemysłem i biedą posiada też bardzo zadbane i zielone obszary w stylu niemal europejskim.
Po przylocie czułem się tutaj tak jak ludzie czują się na samą myśl o Somalii, przed powrotem czuję się bezpiecznie. Do wszystkiego można przywyknąć.

Na nocną podróż powrotną ubrałem najlepsze ciuchy, bo w końcu przeloty powrotne także w biznesie :) Umówiony taksówkarz obiecał, że ma klimatyzację. Okazało się, że miał na myśli otwarte okna. W ogóle mnie to już nie dziwi, tutaj życie toczy się innym rytmem.
Na przynajmniej 3h przed odlotem są już kolejki do odprawy. Salonik wygląda domowo, ale jest dobrze wyposażony, oczekiwanie upływsa więc szybko. Po starcie serwowana jest kolacja, wreszcie jedzenie bez ryzyka niestrawności (tylko bułeczka po prawej nieco się kojarzy):

Personel zbiera także zamówienia na śniadanie, tak by nie przeszkadzać przy przebudzaniu. Nie wiem, czy kiedykolwiek lepiej wyspałem się w samolocie. Na pożegnanie jeszcze A330-200 Swissa w Zurychu:

Posted: 1.03.2008 by Robert Sadłowski