USA Miami SanFran

Florida Keys

Miami

Wysłużonym 747 British Airways ląduję w Miami z niewielkim opóźnieniem. 10h wcześniej opuściłem terminal T5 na Heathrow, gdzie doświadczyłem, że nie tylko w Polsce nadal powstają architektoniczne buble. Za oknem właśnie zrobiło się ciemno i niewiele widać. Boli mnie głowa i jestem zmęczony intensywnym i dłuższym niż zwykle dniem (o te kilka godzin różnicy czasu). Odprawa paszportowa bez żadnych problemów (nie wiem skąd te mity o problemach na lotniskach w USA). Jeszcze tylko odbiór samochodu i do hotelu. Wcześniej korzystnie zarezerwowałem pakiet: samochód w Dollar i hotel Ramada w Florida City. Ucieszyłem się, bo dostałem miłego dla oka Chryslera Cruisera. Z lotniska w Miami do Florida City jedzie się niecałą godzinę. Miałem w planie przejazd płatną autostradą, ale zmęczenie zrobiło swoje i ostatecznie dojechałem starą drogą nr 1 (oczywiście później niż planowałem, ale w zamian zobaczyłem gorsze dzielnice nocą). Z tego wieczoru poza tym, że do hotelu dotarłem, niewiele więcej już pamiętam.
Następnego dnia pobudka wcześnie rano. Obfite śniadanie (bo w cenie noclegu) i jazda na Florida Keys. Po drodze zatrzymuje się na stacji benzynowej. Nie bardzo wiedziałem jak zabrać się za tankowanie (wszystko było inne), widzący moje zagubienie policjant podszedł i pomógł mi ze wszystkim opowiadając przy okazji o sobie więcej niż chciałbym wiedzieć, miło :) Z Florida City do pierwszej wyspy Key Largo jest już bliżej niż do Miami. Pogoda dopisuje, chciałbym mieć taki marzec w Polsce. Na Key Largo robię tylko zakupy, trochę przekąsek do jedzenia i duży baniak z wodą na cały dzień.
Na kolejnej Islamoradzie zatrzymuję się na chwilę przy Robbies Pier. Raczej to atrakcja dla amatorów morskiego wędkowania i może dla dzieci, które mogą nakarmić kłębiące się pod pomostem spore Tarpony.
Na wyspie Marathon odwiedzam plażę Sombrero. Obszary wzdłuż głównej drogi są raczej intensywnie zabudowane, ale dominują bardzo zadbane niewielkie domy jednorodzinne. Na plaży dominują emeryci.

Zaraz za Marathonem zaczyna się 7 Miles Bridge, najdłuższy most ciągu łączącej wyspy Overseas Highway. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie funkcjonowania archipelagu bez połączenia drogowego z lądem. Jeszcze przed II Wojną Światową wyspy miały mozolnie budowaną linię kolejową Overseas Railroad, ale uległa ona znacznym uszkodzeniem podczas huraganów, a zastąpiła ją właśnie istniejąca do dziś droga. Przejazd Overseas Highway nie jest tak ciekawy widokowo jak oczekiwałem (mosty wyglądają lepiej z powietrza), ale jazda jest całkiem przyjemna. Pomimo sporego ruchu jedzie się szybko i płynnie (być jestem poza sezonem).
Na Bahia Honda nareszcie jest więcej przyrody, to park stanowy. Zatrzymuję się na spacer i odpoczynek. Widoczne z tutejszej plaży fragmenty wiaduktów dawnej linii kolejowej są obecnie jedynie atrakcją turystyczną, być może z tego powodu jest tutaj sporo turystów.

Im bliżej Key West, tym bardziej tłoczno na drodze. Wiedziałem wcześniej, że na Key West jest problem z parkowaniem (jest drogo) i zaopatrzyłem się w namiary na miejsca, gdzie można zostawić samochód za darmo, co bardzo pomogło. Key West to największe miasto Florida Keys, podobno dawniej największe na Florydzie, w czasach świetności utrzymywało się z demontażu wraków statków, które często kończyły swój żywot w tej okolicy. Sielanka się skończyła wraz z rozwojem nawigacji. Obecnie to kurort turystyczny dla bardzo bogatej młodzieży, główny deptak Duval Street to drogie butiki i ekskluzywne bary pełne nawet wczesnym popołudniem.

Po północnej stronie ulica kończy się placem Mallory Square gdzie przybijają wielkie liniowce i gdzie nagromadzenie komercji jest jeszcze większe. Bogactwo aż razi:

Wystarczy jednak odejść choć kilka uliczek dalej od Duval Street i robi się zdecydowanie spokojniej.

Gdy odejdzie się jeszcze dalej czuje się atmosferę dawnej sielanki i powolnego życia Conch Republic. Key West dzięki licznej Kubańskiej emigracji ma swój klimat. Do Kuby jest stąd tylko około 150km, a 170km do Havany.

Zdecydowanie warto odwiedzić dom Ernesta Hemingwaya, co prawda mieszkał on tutaj tylko 8 lat podczas których i tak często podróżował, a dom otrzymał w prezencie ślubnym i to od rodziny swojej żony, ale z Key West związany był już wcześniej.

Po domu łazi mnóstwo rozleniwionych, rozpasanych kotów, które podobno są bezpośrednimi potomkami Snowballa, kota Ernesta. Kotami opiekują się pracownicy muzeum Hemingwaya, koty mogą co chcą i chodzić po czym tylko im się podoba, to takie żywe eksponaty:

Co ciekawe gdy Hemingway w 1939 po rozwodzie wyprowadzał się z Key West, wybrał ... Havanę.

Posted: 9.03.2008 by Robert Sadłowski

Everglades

Miami

Planując wizytę w Parku Everglades z góry uznałem, że omijam komercyjną Shark Valley i całą północną część parku. Udaje się do Royal Palm Visitors Center (blisko Florida City i Homestead), gdzie do dyspozycji są dwa ciekawe szlaki piesze Gumbo Limbo Trail przez krzaki i krótki Anhinga Trail po drewnianych pomostach nad mokradłami. Szlak Anhinga daje pełną gwarancję obserwacji aligatorów:

Miejscami jest ich tutaj naprawdę dużo.

Są miejsca, gdzie do odpoczywających aligatorów można podejść bardzo blisko. Nie wiem na ile jest to bezpieczne, chyba zachowałem się nieco nieroztropnie:

Warto zobaczyć jak rosną lasy namorzynowe i warto poczuć ogromna płaska przestrzeń bez budynków na horyzoncie, ale to ekosystem bardzo nieprzyjazny dla człowieka. Można poruszać się tylko po wyznaczonych szlakach, cała reszta obszaru to mokradło będące systemem szerokich wolno płynących rzek. Dla większości osób to zapewne tylko dużo trawy, a jedyną atrakcją są dające dreszczyk emocji aligatory.
Jadę w głąb parku z zamiarem zrobienia zdjęć na Pay-hay-okee Overlook Trail, jestem już chyba zbyt późno - słońce jest za wysoko i nie uda mi się zrobić ciekawych zdjęć. W tym miejscu turystów nie ma już praktycznie w ogóle. Po drodze mijam zaledwie kilka samochodów.

Posted: 11.03.2008 by Robert Sadłowski

Miami South Beach

Miami South Beach

Miami to w sumie niewielkie miasto i ogromne przedmieścia. W samym Miami mieszka nieco poniżej 0,5mln osób, ale cała aglomeracja to już ponad 2,5mln mieszkańców. Miami które oglądamy w filmach to głównie miasto South Beach - ta część aglomeracji bliżej oceanu. Znalezienie tutaj taniego noclegu nie jest proste. W ogóle szukanie noclegów w amerykańskich miastach nie jest proste, za dużo tutaj programów lojalnościowych, promocji, taryf specjalnych, pakietów. Nigdy nie wiesz, czy nie przepłacasz. Ostatecznie decyduje się na The Clay Hotel przy Espanola Way. Jest taniej, bo część pokoi ma współdzielone łazienki.
Wstaję wcześnie, bo zwykle to okazja do ciekawszych zdjęć, a przy okazji jest pusto, cicho i spokojnie. W obszarze South Beach znajdują się ciekawe parcele z zabudową Art Deco z lat 30-tych XIX wieku. To była awangarda tamtych czasów, budynku do dziś wyglądają na nowoczesne. Biorąc pod uwagę, że Miami w ostatnich latach XVIII wieku (a więc zaledwie 30-40 lat wcześniej) zamieszkiwało jedynie kilkuset mieszkańców, są to już budynki zabytkowe i dziedzictwo kulturowe miasta.


Odwiedzam kilka sklepów, bardziej z ciekawości, niż z potrzeby. W każdym personel jest aż do bólu miły. Wcześnie rano trwa jeszcze sprzątanie po poprzednim dniu, a plaże wyglądają tak:

Jednakże kilka godzin później turyści się budzą i South Beach pokazuje swoją twarz obleganego kurortu:

Miami Beach to odpowiednik naszego Sopotu, rolę Monciaka spełnia tutaj handlowy deptak Lincoln Ln. Wzdłuż ulicy usytuowano duże centra handlowe i drogi butiki. Na uwagę zasługuje jedynie kilka ciekawych galerii, zdecydowanie nie warto się tu zapędzać. Akceptowalne finansowo jedzenie paradoksalnie nie jest większym problemem, oczywiście dzięki licznej emigracji z ameryki łacińskiej. Da się dobrze zjeść nawet w okolicach Espanola Way.

Ścisłe centrum Miami, czyli Miami Downtown to ogromne ilości betonu, bezduszne wieżowce i wielopiętrowe parkingi pomiędzy nimi. Brakuje życia, szczególnie w weekendy. Nie pomógł nawet system darmowej kolejki na słupach obsługującej cały obszar centrum.
Jest tam najwięcej wysokich budynków w US zaraz po NY i Chicago, zdaniem niektórych daje to ciekawy skyline miasta, ale mi widok na Downtown przez zatokę z South Beach nie przypadł do gustu:

Po Miami najlepiej przemieszczać się komunikacją miejską. Choć z mojego doświadczenia wynika, że korzystają z niej głównie biedni i emeryci, sieć autobusowa jest dobrze rozwinięta, sprawna i stosunkowo tania.
Wieczorem dystrykt Art Deco, szczególnie wzdłuż Ocean dr. ożywa. Robi się głośno i kolorowo.
Ja jednak muszę wstać wcześnie rano i pędzić na lotnisko. Na lotnisku przechodzę chyba najbardziej drobiazgową kontrolę bezpieczeństwa w życiu, ale ludzie są weseli, każdy każdego zagaduje. American Airlines na starym wysłużonym 757 zabiera mnie w drogę do San Francisco. Ostatnie spojrzenie na Miami odsłania charakter tutejszej zabudowy:

Jestem nieco zdziwiony standardem American Airlines. Lot trwa ponad 6h, jedzenie i picie jest płatne (po kilku godzinach się zlitowali i dali chociaż wodę), tak starych siedzeń jeszcze nigdy nie widziałem, a oparcia mają zablokowane uchylanie. W WizzAir jest o wiele wygodniej. Staram się spać jak najwięcej. Na pocieszenie za oknem rozpoznaję Las Vegas. To z czego świat zna Las Vegas to tylko jedna ulica i obsługujące ją lotnisko:

Posted: 16.03.2008 by Robert Sadłowski

If You are Going To San Francisco

San Francisco

San Francisco wita piękną pogodą. Później od mieszkańców dowiedziałem się, że to pierwsze słoneczne i ciepłe dni w tym roku. Mam wielkie szczęście, ale mam też wielkie oczekiwania. Wiem, że San Francisco jest wyjątkowe, malownicze, ciekawie usytuowane na wzgórzach, na półwyspie pomiędzy oceanem, a zatoką i ma ciekawą historię. To podobno jedyne europejskie miasto w USA. Zapewne jedno z niewielu, gdzie życie toczy się głównie w centrum, a nie na przedmieściach. San Francisco zawsze wyróżniało się otwartością umysłów mieszkańców i odwagą w demonstrowaniu swobód obyczajowych. Miasto pomimo serii kataklizmów niemal przestało istnieć, ale zawsze wracało nie tracąc niczego ze swojego romantycznego klimatu. Pomimo ciągłego zagrożenia nadal przyciąga ludzi nietuzinkowych, artystów.
Z lotniska do centrum jest około 20km, trasę tę obsługuje kolej podmiejska (w centrum jako metro) jednak bilet jest stosunkowo drogi. Znalazłem o ponad połowę tańsze połączenie autobusowe, a dzięki temu lepiej widziałem wszystko po drodze. Udało mi się zarezerwować hotel w dobrym miejscu i chyba dobrej cenie, bo poza sezonem. Union Square Plaza Hotel w sercu miasta za nieco ponad 50usd za dobę.
W okolicach Union Square znajduje się ulica Powell St, jedna z tych po których kursują tramwaje linowe.

Zdecydowanie warto zaopatrzyć się w San Francisco CityPASS, kosztował 59usd, a zapewniał komunikację miejską na 7dni, wstęp do kilku muzeów i kilka innych atrakcji oraz masę bonów zniżkowych (obecnie CityPASS kosztuje 86usd). Da się kupić w tej samej cenie pakiet w którym rejs w okolice mostu Golden Gate można zamienić na bilet do Alcatraz (wychodzi korzystniej, a w ramach biletu do Alcatraz i tak jest rejs).
Tramwajami wzdłuż Powell St i Mason St dojeżdżam w okolice Telegraph Hill. Znajduje się tutaj wzgórze z punktem widokowym zapewniającym świetny widok na miasto. Staram się wykorzystać dobrą pogodę jak najlepiej. Na szczycie wzgórza znajduje się wieża Coit Tower - nietypowy przykład art deco. Doskonale widać stąd wyspę Alcatraz, akurat spowitą we mgle:

San Francisco ma nietypowy klimat. Specyfika ukształtowania terenu, prądów morskich mieszających się z wodami zatoki i szereg innych czynników sprawiają, iż jest tutaj zdecydowanie chłodniej niż nawet kilkanaście kilometrów w głąb lądu. Obszar nadmorski szczególnie w okolicach mostu Golden Gatę często spowijają mgły. Może być tak, że w tym samym czasie w centrum miasta jest znacznie cieplej i świeci słońce. Lato jest mgliste, a zima deszczowa. Najwięcej słońca jest wiosną i dlatego jestem tutaj w marcu :)
Ze wzgórza schodzę po wschodniej stronie, schodami do których przylegają domowe ogródki (bardzo urokliwe i ciekawe miejsce) i udaje się w stronę Pirsu39. Skusiły mnie tam wejściówka do akwarium i bony z pakietu CityPASS, ale Pier39 okazał się być nietypowym centrum handlowym, akwarium też nie rzuca na kolana. Najadłem sie przynajmniej tanich pączków z dziurką. Atrakcją są wypoczywające przy pirsie lwy morskie:

Czuje się tutaj klimat nadmorskiego miasta. Powietrze jest rześkie, popołudniu robi się już zdecydowanie chłodniej i to pomimo słońca. Gdy docieram wreszcie w okolice przyczółka Golden Gate jest zimno:

W drodze powrotnej do hotelu, specjalnie o zmierzchu zatrzymuje się jeszcze na Alamo Square. Z tego placu rozlega się bowiem jeden z bardziej znanych widoków na miasto:

Posted: 18.03.2009 by Robert Sadłowski

Alcatraz i muzea

San Francisco

Sam nie wiem dlaczego. Bardzo mi zależało na wizycie w Alcatraz. To komercyjne miejsce, statek jest pełen turystów, ale nikną oni później rozchodząc się po wyspie. Podniszczona industrialna zabudowa wyspy ma swój urok:

Bloki więzienne przekształcone są w muzeum i to nawet całkiem fajnie. Większość detali jest dobrze zachowana, czuje się tam atmosferę połowy XIX wieku. Dodatkowych atrakcji zapewnia system audio-tour, który pozwala słyszeć ucharakteryzowane dźwięki więzienia z miejsca w którym turysta aktualnie się znajduje, wszystko oczywiście z interesującym komentarzem.

Wyspa ma ciekawą historię. Jednym z pierwszych więźniów był Al Capone. Każdy pewnie pamięta film Ucieczka z Alcatraz z 1979 z Clintem Eastwoodem w roli głównej i kojarzy sceny kręcone na więziennym boisku:

Wracam na ląd, przejeżdżam wzdłuż alei Embarcadero w stronę Terminala Promowego. Zanim powstał Golden Gate i inne mosty przez zatokę to był jeden z kilku najtłoczniejszych terminali promowych na świecie.

W 1960roku wzdłuż całej Embarcadero wybudowano ogromną autostradę na słupach odcinając miasto od wody i szpecąc je znacznie. Dworzec był niemal całkowicie niewidoczny. Błąd zrozumiano dopiero po ponad 20 latach, jednak plany zburzenia autostrady spotkały się z silnym oporem mieszkańców. W podjęciu decyzji pomogło trzęsienie ziemi w 1989r, autostrada zniknęła ostatecznie 1991r. Obszar Embercadero dużymi nakładami środków jest restaurowany do dzisiaj. Ten śmiały ruch stał się przyczynkiem do podobnych inwestycji na całym świecie, szerokie drogi w centrach zlikwidowano później m.in. w Bostonie (Big Dig), Seulu (Cheonggyecheon), a nawet Szanghaju (Bund). Niestety urzędnicy w polskich miastach mentalnie są ciągle na etapie lat 70-tych.
Jadę do Golden Gate Park, to taki lokalny odpowiednik (nawet kształtem) Central Parku. Odwiedzam de Young Museum w zasadzie bardziej mi chodzi o nowy budynek muzeum zaprojektowany przez pracownie Herzog & de Meuron i Fong & Chan Architects. Budynek jest bardzo surowy, elewacje to ogromne płaszczyzny z perforowanej blachy miedzianej, całość nie jest ani zbyt przyjazna, ani funkcjonalna i zdecydowanie nie rzuca na kolana. Praktycznie z każdej możliwej perspektywy odbioru wygląda jak czołg, jakby nie przewidziano skali człowieka, ani faktu, że budynek jest w lesie i nie da się go obejrzeć z daleka:

W bezpośrednim sąsiedztwie de Young Museum znajduje się także nowy budynek California Academy of Sciences autorstwa Renzo Piano. Bardziej funkcjonalny, choć mało ciekawy. Projektowany raczej dla wnętrz, z zamysłem ukrycia w otoczeniu. Głównymi elementami organizującymi bryłę są 2 kule, w jednej znajduje się planetarium, a w drugiej to co podobało mi się najbardziej: ekosystem lasu tropikalnego z wysokimi roślinami, wodospadami, latającymi motylami i spiralami ścieżek dla zwiedzających. Na dnie kuli był staw wewnątrz którego w szklanym korytarzu także dało się przejść.

Idę przez park w stronę oceanu z którym park bezpośrednio graniczy. Wybrzeże w tym miejscu to ogromna plaża, otwarta przestrzeń zdana na łaskę żywiołów. Ogromne fale i silny wiatr zdecydowanie nie zachęcają do kąpieli, ale są rajem dla Kate Surferów:


Idę wzdłuż wybrzeża na północ, w kierunku Golden Gate. Przechodzę ścieżkami przez Lincoln Park. Po drodze mijam dużą ilość osób uprawiających jogging. Mam wrażenie, że ludzie tutaj podobnie jak w Australii i Nowej Zelandii żyją bardziej zdrowo, kochają sport. Park narażony jest na kaprysy pogodowe oceanu, ale to dodaje mu uroku, warto tutaj przyjechać:

Wieczorem staram się jeszcze obejrzeć panoramę miasta z punktów widokowych Twin Peaks, ale dojeżdżam chyba odrobinę za późno:

Posted: 19.03.2009 by Robert Sadłowski

Golden Gate

San Francisco

Poranki są chłodne, pomimo, że pogoda nadal mi sprzyja, ale ratują mnie kawy z Starbucksów (tańsze niż w Europie pomimo rekordowo drogiego dolara). Czuje się w San Francisco bardzo dobrze, miasto ma rewelacyjną komunikację miejską, dużo zieleni, ciekawą architekturę i jest zadbane. Udaje się znowu w kierunku nabrzeża Fishermans Wharf, w oddali ze wzgórza widzę jeszcze wyspę Alcatraz:

Z wypożyczalni rowerów prowadzonej przez Rosjan biorę rower z zamiarem przynajmniej przejechania mostu Golden Gate (dostaje nawet mapę). Wzdłuż zatoki prowadzą świetne trasy spacerowe, do mostu dojeżdżam bardzo szybko:

Most jest pełen turystów, to wielka atrakcja turystyczna. Nic dziwnego. Most powstał w latach 30tych ubiegłego wieku, na tamte czasy był kolosalnym osiągnięciem technicznym, a przy tym wybudowano go w tylko 4 lata! Przez kolejne 30lat był najdłuższym mostem wiszącym na świecie. Rowerem przez most jedzie się ciężko, trzeba bardzo uważać by unikać kolizji z pieszymi. Miałem w planie dojazd do punktu widokowego Hawk Hill, ale niestety przeliczyłem się trochę z czasem i muszę się zadowolić widokiem mniej spektakularnym, gdzieś z połowy drogi do Hawk Hill:


Następnego dnia pogoda nie była już tak przyjazna, udałem się do Museum of Modern Art mieszczącego się w budynku zaprojektowanym przez Mario Botte, w drodze powrotnej trafiłem na manifestację antywojenną. Nareszcie jakiś objaw słynnej lokalnej wolności poglądów.


Pozostaje mi jeszcze wybór miejsc w samolocie na podróż powrotną (w Apple Store, gdzie jest darmowa sieć) i podróż na lotnisko. Z lenistwa wybieram już droższą kolej podmiejską. Podróż powrotna także z British Airways przez Londyn.
San Francisco mnie nie zawiodło. Pomimo wielkiego szczęścia z pogodą i tak zmarzłem, ale było warto. Poza urokiem wynikającego chyba z dobrego gustu mieszkańców czuje tutaj pozytywny wpływ krajów po drugiej stronie Pacyfiku. Czuję azjatycką pracowitość i solidność, ale czuję też luz i poczucie własnej wartości z antypodów. Te wpływy widać także na tablicach odlotów na lotnisku. Raczej dominują połączenia międzynarodowe na zachód, niż na wschód. Przypominam sobie przemyślenia Kapuścińskiego w których pisał o ogromnym potencjale drzemiącym w synergii obszarów leżących dookoła Pacyfiku. Zdaje się, że rozumiem, co miał na myśli.
Zdecydowanie chciałbym kiedyś tutaj wrócić i mieć więcej czasu, by poza miastem obejrzeć także dalsze okolice.

Posted: 21.03.2009 by Robert Sadłowski