WENEZUELA

MAPA

Intensywny początek

Ciudad Boliwar - Canaima

Wylot o wczesnych poranku z Berlina. Z powodu mgieł chyba pierwszy raz cieszę się z tego, że nie lecę z Poznania. Lot do Madrytu bardzo nudny, Iberia na lotach europejskich nie serwuje już żadnych darmowych posiłków. Nowy terminal T4 w Madrycie wygląda okazale i ciekawie. W A340-300 Iberii zdaje się, że po za tapicerką siedzeń od 2002 nic się w klasie ekonomicznej nie zmieniło. Są za to nowe fotele w klasie nazywanej już Business Plus.
Na podejściu w Caracas widzę malowniczy archipelag Los Roques - na który niestety nie starczy czasu. Odprawa bez problemów. Szybka i nielegalna wymiana waluty na lotnisku (po kursie 4,5 bolivara za dolara - oficjalnie 2,15) i po krótkim targowaniu siedzimy już w buso-taxi w drodze na dworzec autobusowy. Okazuje się, że najbliższy autobus z odpowiednią liczbą wolnych miejsc (na początku jest nas aż 6 osób) jest dopiero za około 3h - kupujemy więc bilety i idziemy na miasto. Caracas po zmroku ma złe opinie, jednakże korki na ulicach, nawet późnym wieczorem są ciągle takie same jak za dnia, a chodniki są pełne ludzi. Czułem się całkiem bezpiecznie.
Nieco drażni intensywny zapach spalin. Ilość samochodów w Caracas ze względu na śmiesznie tanie paliwo jest ogromna. Oczywiście to poczucie bezpieczeństwa może być złudne, gdyż niemal w każdym oknie, budynków dookoła są kraty. Co dziwne są również w oknach na 7-8 piętrze 15 piętrowych budynków.
Punktualnie zgodnie z rozkładem odjeżdżamy wygodnym autobusem firmy Rodovias do Ciudad Bolivar - bilet kosztował chyba około 68 bolivarów, za około 600km drogi.Tak to prawda, w dalekobieżnych autobusach w Wenezueli jest bardzo zimno. Niby wszyscy, wszędzie o tym piszą, ale trzeba tego doświadczyć by sobie wyobrazić jak bardzo zimno. Koniecznie trzeba wyjąć z bagażu ciepłe ubrania i cierpliwie czekać na dotarcie do celu - w tym przypadku około 9h.

Autobus dojechał do Ciudad Boliwar punktualnie wczesnym porankiem. W planie było szybkie szukanie agencji zajmującej się organizowaniem wypadów na wodospad Salto Angel. Udało się uzgodnić korzystny pakiet bez wychodzenia z dworca autobusowego. Nie ma możliwości zorganizowania tego na własną rękę (za rozsądne pieniądze). 3dniowy pakiet na Salto Angel i okolice Canaimy kosztuje 1300bolivarów od osoby (300usd/os).
Godzinę później jestem już w samolocie. Lotnisko w Ciudad Boliwar jest bardzo kameralne. Na uwagę zasługuje stojący przed budynkiem oryginalny samolot Jimmiego Angela. Pijaka i poszukiwacza złota, który odkrył dla zachodniego świata najwyższy wodospad nazywany dziś jego imieniem. Wodospad spływa z wielkiem płaskiej góry, które nazywa się tutaj tepui. Podczas próby powrotu w okolice wodospadu po wylądowaniu na szczycie góry samolot ugrzęzł w błocie, gdzie po dziesiątkach lat został odnaleziony, odrestaurowany i umieszczony przed lotniskiem w Ciudad Boliwar.

Do Canaimy latają tylko niewielkie maszyny - trafił mi się lot niewielką 6-miejscową Cessną 172 linii Rutaca - co samo w sobie jest atrakcją, tym bardziej, że pilot chwilę po osiągnięciu wysokości przelotowej zajął się po prostu czytaniem gazety.

Po lądowaniu z niesamowitym widokiem na wodospady, czekam zaledwie chwilę na prowizorycznym terminalu (wiata kryta jakimiś roślinami) i chwilę później ktoś odbiera mnie na poczęstunek.
Na popołudnie w pakiecie przewidziana jest krótka wycieczka po lagunnie - część trasy płyniemy całą grupą łodzią, większą część przez tropikalną roślinność na piechotę. Aż ciężko uwierzyć, że jeszcze dobę wcześniej dopiero wsiadałem do samolotu w Europie.

To w tych okolicach kręcono jedną z części Parku Jurajskiego. A jedna z płaskich gór tapui - Roraima była niegdyś bezpośrednią inspiracją do napisania Zaginionego Świata przez Artura Conana Doylea.

Posted: 5-11-2008 by Robert Sadłowski

Salto Angel

Canaima

Po śniadaniu wywieziono mnie do prowizorycznego portu położonego powyżej progu skalnego linii wodospadów na rzece Rio Caroni i zapakowano wraz 9 innymi turystami i bagażem do łodzi. Do Auyantepui z którego spada wodospad Salto Angel można dotrzeć jedynie drogą wodną. Wykonana z drewna i bardzo długa łódź nie sprawiała zbyt dobrego wrażenia. Była tak wąska, że na szerokość ledwo mieściły się na niej 2 osoby. Ale szerokość w połączeniu z sporym silnikiem od motorówki pozwalały jej na płynięcie powyżej 40km/h na spokojnej wodzie. Przy tej prędkości w chmurze kropli niewiele było widać. Pomimo, iż by dotrzeć do wodospadu trzeba przepłynąć w takich warunkach około 60km, zapowiadało się, że będzie nudno.

Im dalej płyneliśmy w górę rzeki, tym prąd stawał się bystrzejszy, nurt płytki, a pasażerowie coraz bardziej przerażeni. Nikt nie spodziewał się, iż po pojawieniu się pierwszego progu na rzece (i to o wysokości około 50cm), łódka po prostu rozpędzi się przed nim i po podniesieniu silnika w ostatniej chwili, odbijając się od skał i kamieni wskoczy na wyższy poziom.
Jeszcze ciekawiej było po skręceniu w boczny dopływ rzeki biegnący już w Canion Del Diablo w stronę wodospadu. Tam głębokość tylko miejscami była większa niż 20-50cm, więc łódź właściwie bardziej skakała odbijając się dnem od kamieni, niż płynęła. Nie obyło się bez sytuacji, gdy cała męska załoga musiała wysiadać i pchać łódź pod górę na kolejnych progach skalnych.
A wszystko przy świadomości, że w promieniu ponad 150km nie ma asfaltowej drogi, a ponad w promieniu 50km nie ma nie tylko dróg w ogóle, ale także żadnej większej wioski. Lunch zjedliśmy na kamiennej mini wyspie (właśnie tam, ponieważ wyspy nie dało się w ogóle opłynąć pełną łodzią więc trzeba było ją wypakować i pustą przepchać na drugą stronę).

Chyba mniej niż godzinkę drogi od lunchu dopłynęliśmy do miejsca gdzie znajdowały się campy dla hamaków i ścieżka do punktu widokowego u stop wodospadu. Ścieżką szło się bardzo szybkim tempem około godziny. Szybie tempo było wskazane z powodu zbliżającego się szybko zmroku.
Wodospad nieco mnie zawiódł, pomimo, że byłem tam właściwie pod koniec pory deszczowej to miałem wrażenie, że wody leci mniej niż połowę tego co widziałem wcześniej na filmach. Ale lepsze to, niż szczyt spowity w gęstych chmurach, co podobno zdarza się bardzo często, szczególnie w porze deszczowej.

Gdy wróciłem do campu, było już ciemno. Spanie zorganizowano w hamakach, trochę czasu zajęło mi opanowywanie metody owijania się kocem, gdyż noc była chłodna - na szczęście do wschodu słońca udało się jakoś wyspać.

Wschodu słońca oświetlającego pierwszymi promieniami wodospad nie można było przegapić. Już przed 4:00 rano byłem na nogach z aparatem szukając wzdłuż rzeki najlepszych punktów widokowych. Właśnie wtedy pękła mi podeszwa w moich ulubionych sandałach.

Płynięcie z prądem w drodze powrotnej było już sprawniejsze, ale i tak nie obyło się bez sytuacji wymagających interwencji po pas w wodzie, by uniknąć wywrotki łodzi. Polecam tę podróż, jedyny jej minus to bolący od wielogodzinnego siedzenia w łodzi tyłek.

Posted: 6-11-2008 by Robert Sadłowski

Orinoko

Ciudad Boliwar

Po obiedzie odwieziono mnie na lotnisko, skąd znowu Cessną 172 wróciłem do Ciudad Bolivar - tym razem pilot przynajmniej stwarzał pozory koncentracji.

Ciudad Bolivar to miasto, które zamieszkuje podobno 300tys mieszkańców, jednak ulice wyglądają bardzo spokojnie, wręcz ospale i małomiasteczkowo. Kolorowe domy wyglądają malowniczo, szczególnie te przy ulicach zamykających się widokiem na rzekę Orinoko. Główny rynek miasta jest bardzo zadbany, nawet jak na standardy w Europie.

Ciudad Bolivar powstało u brzegu rzeki Orinoko. Dziś biegnie tam spacerowy bulwar z kanajpkami. W jednej z nich, z widokiem na wielki wiszący most w stylu GoldenGate wypiliśmy piwo wraz z towarzyszami podróży nad wodospad.

Gdy zbliżał się wieczór i pora powrotu na dworzec autobusowy okazało się, że taksówki tutaj nie czekają w kolejce po pasażerów, ale odwrotnie, z powodu taniego paliwa to pasażerowie czekają na taksówki. Na dworzec dojechaliśmy w ostatniej chwili. Autobus do Maracay okazał się jeszcze chłodniejszy.
W Maracay trzeba było się przesiąść. Kolejka do lokalnego autobusu do Choroni była spora. W większości byli to lokalni mieszkańcy, ale także oni nie wiedzieli gdzie jest autobus i kiedy przyjedzie. Czekanie było frustrujące, bo istniało realne ryzyko nie zmieszczenia się w tym kursie, a kolejny zapewne jutro. Autobus rzeczywiście okazał się niewielki, ale za to układ siedzeń wybitnie ekonomiczny: mieścił aż 5 osób w 1 rzędzie.
Jedyna droga łącząca Maracay z nadmorskim Choroni biegnie przez grzbiet górski parku Henri Pittiera. Na odcinku 50km droga wspina się z wysokości 300-400m npm na prawie 2000m npm, by później równie szybko opaść do poziomu zera. Dodając do tego szerokość drogi około 4-4,5m, masę zakrętów i dżunglę dookoła mamy trwającą 2h ostrą jazdę. Niektórych zakrętów autobus nie był nawet w stanie brać na raz, a ponieważ minięcie się nawet na tych łagodniejszych zakrętach i tak nie było możliwe, kierowcy przed nimi w ogóle nie zwalniali, a jedynie trąbili w nadziei, że ktoś tam po drugiej stronie to usłyszy i ustąpi.

Posted: 8-11-2008 by Robert Sadłowski

Plaże

Choroni

Choroni to niewielkie malownicze miasteczko rybackie. Obecnie w większym stopniu pełni funkcje wypoczynkowego kurortu. Co bardzo mi się podobało, większość wypoczywających to osoby z Wenezueli, a nie turyści z świata zachodniego.

Obserwując okalające miasteczko wzgórza zapragnąłem wejścia na któreś z nich. Mądrzejszy o wskazówki lokalnych mieszkańców wstałem wcześnie rano i bardzo szybko przeszedłem pierwszy etap - szczyt zakończony placykiem z krzyżem. Prowadziła tam utwardzona ścieżka, ale zależało mi także na widoku w drugą stronę postanowiłem więc iść dalej. Ścieżka co prawda jakaś tam była, ale już mocno zarośnięta kaktusami i innymi ostrymi, kłującymi i drapiącymi cholerstwami. Na początku dzielnie się przez te zarośla przedzierałem, zwolniłem trochę dopiero, gdy zauważyłem, że jestem mocno podrapany, a w nogach mam kilka głęboko tkwiących igieł. Dalszą część wspinaczki i całe zejście koncentrowałem się głównie na omijaniu niebezpiecznych krzaków, ale było warto:


Po kąpieli i śniadaniu udałem się do starej części miasteczka Choroni - kilka kilometrów w głąb lądu, gdzie pierwsze zabudowania powstały prawie 4 wieki temu (w głębi lądu w celu ukrycia przed piratami). Atmosfera jest dużo spokojniejsza, niż w turystycznej części portowej - Puerto Colombia. Przy głównym placu starego Choroni warto odwiedzić romantyczną knajpkę Posady Colonial El Picure - gdzie artystycznie udekorowane podcienie z stolikami otwierają się na zarośnięte tropikalnymi roślinami patio w którym zabawia się kilka udomowionych, kolorowych papug.

W drodze powrotnej do Puerto Colombia natykałem się na kondukt pogrzebowy, który paraliżuje całkowicie ruch na jedynej drodze dojazdowej do miasteczka.
Popołudnie to odpoczynek na plaży, która widocznie nie jest osłonięta od pełnego morza żadnymi rafami lub płyciznami, bo nawet przy niemal idealnej i bezwietrznej pogodzie fale są największe wśród tych w jakich pływałem.

Posted: 9-11-2008 by Robert Sadłowski

Powrót

Caracas

Przejazd powrotny przez grzbiet górski Parku Narodowego Henri Pittier był tym razem o tyle bardziej emocjonujący, że najwyższe partie gór tonęły w chmurach, więc również w pewnym momencie nasz autobus otoczyła gęsta mgła - wszystko na niesamowicie krętej i wąskiej drodze. Zapewne dla kierowcy to nic niezwykłego, bo nie jechał wcale wolniej niż wcześniej. Centrum Maracay jest stosunkowo blisko dworca autobusowego, więc zdecydowałem się na spacer. Miasto zdecydowanie nie jest oblegane przez turystów, raczej podobnie jak w większości miast tutaj, turyści zatrzymują się w nich jedynie po drodze do innych atrakcji turystycznych. Prawdopodobnie z tego powodu wymiana waluty na czarnym rynku okazała się tutaj problematyczna - nikt nie chciał wymienić dolarów, albo proponował śmieszny, niekorzystny kurs. Udało się dopiero u młodego szefa polecanej w przewodniku pizzerni.
W nadziei zrobienia tanich zakupów udałem się do całkiem sporego sklepu samoobsługowego - jednak prędzej udało się znaleźć polską wódkę, niż słynny lokalny rum. Z innymi produktami było podobnie i ostatecznie wyjechałem z pustym koszykiem. W drodze powrotnej do hotelu trafiłem jeszcze na coś w rodzaju ulicy targowej z masą stoisk w bardziej azjatyckim stylu - gdzie udało się tanio zjeść całkiem niezłą empanadę.

Maracay i Caracas łączy autostrada w pełnym tego słowa znaczeniu. Do przedmieść Caracas jedzie się krócej niż 1,5h, jednak tu zaczynają się korki, w których autobus stoi niemal kolejne1,5h. Dojeżdżamy do dworca La Bandera z którego dość dziką ulicą trzeba przejść góra 500m do stacji metra. Metro jest bardzo zadbane i kosztuje jedynie 0,5b. Po niewielkich problemach przy przesiadce (linia nr 4 która była w przewodniku zniknęła, okazało się, że włączono ją po prostu do linii nr 3) dotarłem do stacji Parque Central skąd już tylko parę kroków do stanowiska z którego odjeżdżają specjalne autobusy na lotnisko (15b).
Pomimo tego, że na lotnisku byłem jakieś 5h przed planowanym odlotem do odprawy była już kolejka. Trzeba było jeszcze zapłacić podatek wylotowy (115b) i po wszystkich kontrolach zostało sporo czasu na zakupy w strefie bezcłowej na lotnisku. Czas oczekiwania płynął szybko, terminal międzynarodowy jest przyjazny. Warto dodać, że władze na lotnisku muszą podawać ceny towarów w dolarach i bolivarach w przeliczniku według oficjalnego kursu 2,15, dzięki temu ceny towarów w sklepach bezcłowych przy płatności w bolivarach są znacznie tańsze, niż na większości innych lotnisk - nie interesowały mnie jednak alkohole i kosmetyki, a bardziej pamiątki, które były tutaj już nieco droższe.
Do ostatniej chwili byłem pewien, że mój lot nie będzie miał żadnych opóźnień, gdyż boarding rozpoczął się 30minut przed odlotem, a samolot z Madrytu przyleciał punktualnie. Jednak w ostatniej chwili okazało się, że już w samym rękawie władze zorganizowały dodatkową szczegółową kontrolę antynarkotykową. Nie wyglądało to zbyt profesjonalnie, tym bardziej, że sprawdzenie każdego pasażera trwało aż od 2 do 5 minut.


Cały wyjazd był interesujący także z powodu kosztów. Pomimo tego, iż sam 3-dniowy pakiet Salto Angel kosztował prawie 1000zł, to całkowity koszt na osobę wyniósł nieco powyżej 2000zł. Wszystko dzięki bardzo tanim biletom Iberii z Berlina do Caracas po niecałe 700zł. Warto korzystać z okazji.

Posted: 11-11-2008 by Robert Sadłowski